Putos guiris, czyli Gran Canaria 3

Zaczęło się bardzo źle. I nawet nie chodziło o to, że zwlekłem się z wyra o szóstej rano na dwanaście godzin szychty. Sęk cały tkwił w radosnym fakcie, iż za miesiąc Kluska z Filipem mieli zawrzeć święty związek i Duży Jacuś zebrał ferajnę, by raz ostatni zabić się na grubo. Obowiązki zawodowe uniemożliwiły mi co prawda udział w gokartach, lecz punkt szósta odbiłem kartę, by taryfą gnać co tchu na miejsce konsumpcji trunków w ilościach dowolnych i niewymuszonych. Tam doszliśmy do etapu, w którym koledzy podziwiali jak ładnie nauczyłem się po polsku i że prawie w ogóle nie słychać akcentu. Gdym, już na mieście, podjął nieudolną próbę podjebania ochronie pepsi, Duży Jacuś zasugerował mi powrót do domu. A że Duży Jacuś zna dżudżitsu i też w ryj dać może, nie oponowałem.

Rankiem poczułem się bardzo, ale to bardzo chorym. Livia leczyła mnie troskliwie, lecz organizm nie ufał już niczemu, nawet kawie. Tymczasem należało zebrać się na lotnisko, bo wczesnym popołudniem mieliśmy samolot. W moim stanie sukcesem było znalezienie czystych majtek i to właściwie było wszystko. Opadłem z sił i pozwoliłem Livii dotargać moje truchło do siedzenia w samolocie. Wstępna rezurekcja nastąpiła w okolicach Gibraltaru, lecz czas mej udręki nie chylił się bynajmniej ku końcowi.

Plan nasz misterny zakładał przylot o wpół do szóstej, by o wpół do ósmej obrać barką kurs na Gran Canarię. Obliczyłem wszystko – odbiór bagażu, autobus z lotniska i check-in w porcie. Umknął mi jedynie fakt, iż Teneryfa posiada dwa lotniska i lądowaliśmy na południu. Port był zaś na północy – gwoli ścisłości. Paulo Coelho twierdzi co prawda, iż jeśli czegoś naprawdę chcesz, cały wszechświat Ci sprzyja, ale teza Murphiego jest wręcz odwrotna. Całą drogę klęliśmy więc na nastolatki szukające drobnych jakby kurwa dopiero w autobusie się zorientowały, że trzeba kupić bilet u kierowcy. Całą drogę liczyliśmy omijane przez autobus przystanki i z nadzieją patrzyliśmy kierowcy na licznik.

Na docelowy dworcu Murphy wygrał o pięć minut, a my musieliśmy na szybko znaleźć kimę w Santa Cruz. Nawet nam się udało, bo przed porannym kursem promu zalegliśmy na całe pięć godzin i jeszcze przed dziewiątą Livia znów chciała ze mną rozmawiać. Po jedenastej byliśmy już na Gran Canarii w lokum docelowym i kole drugiej wybraliśmy się na plażę. Kortyzol opadł mi jednak dopiero wieczorem.

Następne dwa dni spędziliśmy w Las Palmas chadzając po plaży, zwiedzając Veguetę i z wolna przywykając do braku obowiązków i absolutnej pustki naszych to-do list. Livia jarała się wieloma rzeczami: że w kawiarniach sami proponują podgrzewanie chlebka, że rozumie większość ludzi, że zawsze ma tylko parę kroków do słonej wody. Przede 20170509_152309wszystkim zaś jarała się słońcem, ale nie do końca wedle planu. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, iż mojej dzieuszce zdarza się niekiedy z pogardą opowiadać o białych gringos (czyli mła), którzy nie umieją w plażing i szybko robią się czerwoni. Z satysfakcją patrzyłem więc jak Livia powoli zamieniała się homara. Nie było wtedy we mnie litości. Trzeciego dnia wynajęliśmy samochód, po czem zjechaliśmy wyspę na zachód i wschód, od dołu i wzwyż. W końcu, w celu obejrzenia wydm, wylądowaliśmy w Maspalomas, choć wcześniej nabrałem ochoty na lekki stretching na plaży.

Byłem właśnie przy dwugłowym uda i nawet zdążyłem zmienić nogę, gdy podszedł jakiś pijany Niemiec i zaczął mnie podrywać. Nie był zbyt nachalny, więc jakoś to znosiłem, ale czułem, że Livia zaraz złamie chłopu rękę jakąś wredną kimurą. Pożegnaliśmy się zatem dość spiesznie i choć na odchodne facet próbował wylizać mi dłoń, wyniosłem cnotę bez szwanku. Gorzej zniosła to Livia, oburzona faktem, że ktoś chciał wyruchać jej chłopaka. Zaczęła mi też tłumaczyć, że właśnie tak niekiedy czują się dziewczęta na imprezach, gdy najebani kolesie podbijają ze śliną na ustach. No, ale podbił, czyli jakoś się trzymamy mimo trzydziestki, pomyślałem sobie w duchu. Wydmy tymczasem przełożyliśmy na raz następny.

Rano zaspaliśmy i droga na samolot minęła nam bez większych refleksji. Kiedyśmy w końcu oderwali się od ziemi i po raz ostatni pomachali wyspie, zapytałem Livię:

– Ale gdybyś tak miała wybrać, to co najbardziej Ci się podobało?
– Ech, ale to ciężko wybrać.
– No ale jedną rzecz. Może kawiarnie? Może morze? Może słońce? Ludzie?
– Hmm, jak się tak zastanowię…
– No?
– Skały. Najbardziej mi się podobały skały.

20170511_154811

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s