„Pod krzywym dachem lepiej widać świat”

Miał być T3, a wyszło jak zawsze – kupiłem samochód impulsywnie i bez zastanowienia. Po dwóch latach nieustannego napierdalania o kamperze i donośnych ejakulacjach na widok każdego najbardziej nawet zrujnowanego kanciaka, nabyłem T4, bo chłopak z dziewuchą zrobili nim byli trzynaście koła po naszym Starym Świecie, od Łagiewnik po Gibraltar. I ja to szanuję. A poza tym był tańszy, bo ceny wszystkiego przed  T4 wywindowali do granic absurdu hipisi na dorobku.

Nazwaliśmy go Swagon. Etymologii tej nazwy i tak nie pojmiecie, bo dla mnie samego miała ona sens raz i to po pijaku. Ale jakoś się utarło. Wiadomka, że trzeba było Swagona nieco połatać, gdyż czas omija tylko Monikę Beluczi. Ale jak już majstry mi go zwiozły z kanału, akurat przyjechał  z wizytą mój quasi szwagier Danilo. I zachciało się nam iść na wyprawę.

20170304_173651
No a po co się jeździ do Czech?

Początkowy plan zakładał niespieszny objazd obserwowalnego wszechświata z zaliczeniem wszystkich wschodów i zachodów słońca z absolutnie każdej możliwej plaży. Wybraliśmy slow life, minimalizm i czerpanie garściami z każdej sekundy, popijając kawę z kardamonem i kontemplując bycie ‚poza’. Następnie wziąłem pod uwagę budżet, wymiar czasu pracy, ogólne samopoczucie oraz moc przerobową moich mitochondriów. Wyszło mi, że Praga to maks, co może z tego być.

Zawsze lubiłem Czechów. Głównie dlatego, że żadnego bliżej nie poznałem, ale nie bez znaczenia był też fakt, że śmiesznie mówią. Myślałem, że będzie sympatycznie, więc troszkę zaskoczył mnie radiowóz, które zajechał nam drogę na autostradzie, zaczął wyć i włączył koguta.

– Chyba będą kogoś ścigać – podekscytowała się Livia, a wtedy na tylnej szybie radiowozu wyświetlił się czerwony napis Follow me. I choć Livia upierała się, że to na pewno nie do nas, postanowiłem zjechać za radiowozem i zapytać.

– Dobry den, kde nalepku? – zapytał pan oficer.
Dobry den. A tu – odparłem z dumą, wskazując naklejkę z rejestracją, zainstalowaną przeze mnie na szybie jakieś dwa dni wcześniej. Pan oficer poświecił sobie lepiej i spojrzał na mnie jak na Wojaka Szwejka.
Nalepku na autostrade…

Zacząłem mu tłumaczyć, że przed Katowicami były bramki, za Katowicami były bramki i że jakieś wspólne standardy musimy mieć. Bo rzeczywiście od granicy tych bramek szukałem i nawet się dziwowałem, co ci Czesi tacy gościnni, hajłej za friko. No ale mówię mu, przecie Schengen, przecie Wspólnota Europejska, Grupa Wyszechradzka. Livia nawet już roaming włączyła, co by puścić „My Słowianie”. Ale oficer był najwyraźniej jakimś separatystą, bo wlepił nam mandat na półtora klocka (czeskich koron, ale zawsze) i nakazał kupić nalepku na najbliższej stacji.

Później chodziliśmy po tej Pradze, piliśmy piwo i zagryzaliśmy utopencami, ale jakoś tak nie mogło być fajnie. W sumie z Czech to najbardziej mi się podobali Awendżersi. Jak Danilo dośle więcej fot, to podrzucę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s