„Ryk motoru mnie podjarał, linkę gazu w ręce mom”

Radzo mi ojce, żebym se kupił w końcu auto jak prawdziwy chłop, a nie biedował na tym rowerze jak jakaś oferma. I nawet się przymierzam do Volkswagena T3, już rok z hakiem mija jak przeglądam oferty, a auta jak nie było, tak nie ma.

Wszystko przez Celinę – moją pierwszą maszynę, zakupioną po roku odkładania z pensji Junior Accountanta, z której odłożyć cokolwiek sztuką było niełatwą. Chwaliłem się nią szeroko, z dumą prezentując kask w korporacyjnej windzie, ale była to li tylko gra pozorów na jeziora tafli, fasada i blef. Swołocz to była jakich mało. Stara, wredna z charakteru i niezgrabna w prowadzeniu. Gdym nią pierwszy raz zajechał na korporacyjny parking, dziewczęta ustawiały się w kolejkach po przejażdżkę. Entuzjazm spadł już po pierwszym kursie, gdy z nieznanych przyczyn coś niepokojąco wyć zaczęło przy kierownicy. Po miesiącach rozważań doszedłem, iż była to linka prędkościomierza, a symptom ustawał przy 40km/h. Wtedy też zacząłem utrzymywać, iż duże prędkości nie sprzyjają delektowaniu się jazdą.

Motocykliści dzielą się na tych, którzy leżeli, oraz na tych, którzy leżeć będą. Jako że jeździłem wolno, moje upadki były nie tyle niebezpieczne, co żałosne. Raz wywaliłem się na żwirku i przetarłem kalesony, raz, ucząc siostrę jeździć wyłożyłem się na mokrej trawie przy prędości 5km/h, a raz na zakręcie Celina po prostu zaczęła tańczyć na deszczu. Był to jedyny poważniejszy upadek w mojej karierze. Kicuk bolał mnie tydzień, rękawiczki mi się podziurawiły a Celina straciła błotnik. Ale nawet się jakoś specjalnie zły nie byłem – w końcu to ona wylądowała na znaku. To, że z nieznanych mi przyczyn nie chciała potem odpalić przez jakieś pół godziny, też przebolałem.

Przeboleć za to do dziś nie mogę trasy Kraków-Krosno w październiku 2011 roku. Zwoziłem ją wtedy na zimę, a że już się chłodnawo robiło, przedsięwziąłem wszelkie środki, by podróż przebiegła nam gładko. Okutałem się naprawdę ciepło, nakładając na wierzch gruby odblaskowy kombinezon ochronny. Sprawdziłem w Celinie wszystko, co umiałem sprawdzić (nie było tego wiele) i nawet dolałem jej oleju. Tak od serca. Sęk w tym, że na olejach za bardzo się nie znam, i gdzieś tak za Wieliczką wyjebało jakąś uszczelkę. Olej zaczął się wylewać na zewnątrz smażąc się na silniku, z rury wydechowej poszły kłęby siwego dymu, a prędkość maksymalna spadła do 60 km/h. Po szybkim telefonie do mechanika zgodnie orzekliśmy, że nie wiadomo, co się dzieje, ale do domu dojechać jakoś trzeba.

Jechałem więc zatem przez pięć godzin w moim oczojebnym pomarańczowym kombinezonie z prędkością 60 km/h w kłębach olejowych spalin. Prędkościomierz wył. Trzeba Wam wiedzieć, że Celina w swojej szczytowej formie miała spalanie rzędu 7l/100 km, co przy ośmiolitrowym baku (włącznik rezerwy w Virago psuł się nagminnie) wymuszało tankowanie co sto kilometrów. Po jakichś 60 km, natchniony geniuszem zajechałem kontrolnie na stację, gdzie moja Yamaszka entuzjastycznie i bezczelnie wciągnęła w siebie dokładnie osiem litrów. Bak na starcie był pełen.

Do Krosna brakowało jeszcze 110 km, zatem kolejne tankowanie wypadało gdzieś w Bieczu. Tam też począł padać deszcz, a że pomimo ubrań zaczynałem się trząść, szczękającymi zębami kląłem na czym świat stoi. Myślałem, że gorzej już być nie może, ale po chwili deszcz zamienił się w grad i moje 60km/h stało się prędkością zbyt wariacką. Postanowiłem zwolnić. Uratowało mi to życie, bo w okolicach Jasła z podporządkowanej wyjechał mi, z pewną tak nieśmiałością, tir. Pocisnąwszy po hamulcach zorientowałem się, że resztki oleju, którym nie udało się zasmażyć na silniku, przez cały ten czas powolutku spadały na tylne koło. Póki się obracało, wszystko szło jak po maśle. Niestety, hamowanie też poszło jak po maśle, a ja o włos jeno minąłem tira z lewej. Do Krosna postanowiłem już jechać 40 km/h. Przynajmniej prędkościomierz nie wył. Dojechałem, ale czucie w piętach odzyskałem dopiero dnia następnego.

W gruncie rzeczy każda moja dłuższa podróż Celiną wpisywała się w powyższą poetykę. Kroplą, która przepełniła czarę było pęknięcie linki od gazu, w efekcie czego do Krakowa wjechałem przyspieszając nie manetką, ale ciągnąc ręką za resztki wspomnianej linki jak jakiś kołboj na rodeło. Szlag mnie poniekąd trafił i postanowiłem sprzedać tego szrota w cholerę. Mając w pamięci poczynione inwestycje, remonty itp, krzyknąłem sobie czy szejset na popularnym portalu aukcyjnym. Przyjechał pan, popukał, posłuchał i powiedział: dwa i pół. Chciałem się targować, ale był nieustępliwy, więc przepędziłem go czem prędzej. Różni ją jeszcze ludzie oglądali, ale nikt jakoś się do kupna nie kwapił. W końcu opchnąłem ja za niecałe dwa i flaszkę śliwowicy, bo się krowie przy demonstracji nawet odpalić nie chciało.

Volkswagena T3 kupię, tylko miejcie litość.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s