I will survive, czyli weekend w lesie.

Mam wspaniałą dziewczynę, cudowne rodzeństwo i świetnych przyjaciół. Nie dość, że spuścili mi z okazji urodzin grupowy wpierdol, to jeszcze z tej samej okazji wysłali mnie na weekend do lasu. Ze śpiworkiem co prawda, ale już bez namiotu. Ani zapałek.

W piątek dostałem maila: Weź karimatę, kubek, latarkę i papier toaletowy. Ubierz się ciepło i bądź o 10.00 na dworcu w Częstochowie. Zdziwiłem się, że o kosmetyczce nic nie pisali, i na wszelki wypadek wrzuciłem ją do plecaka. Jak się później okazało, mieli powód by jej nie wymieniać, ja zaś zyskałem etykietkę dżentelmena-optymisty. Bo jeśli wszyscy będziemy śmierdzieć, to nikomu to nie będzie przeszkadzać.namiot

Z Częstochowy wywieziono nas do lasu. Grozę sytuacji niech unaoczni Wam fakt, iż LTE nie działało a na Edge miałem jakieś dwie kreski. Kwatera główna składała się z rozwieszonego między drzewami spadochronu, do którego najwyraźniej ktoś był strzelał, bo kapało nam na łby co krok. Instruktor Paweł się przedstawił i z miejsca wyjaśnił, że żeby przeżyć należy przede wszystkim nie chcieć umrzeć. Dało mi to do myślenia.

Potem przez parę godzin wałkowaliśmy teorię, której głównym celem było, jak mi się wydawało, utrzymanie nas w bezruchu i wyziębienie organizmów. Gdy zaproponowano nam rozpalenie ognia, byłem wniebowzięty. Paweł wyciągnął zapałki i zapalniczkę, stwierdził że to ostatni raz gdy widzimy te przedmioty i schował je do kieszeni. Potem rozdał nam krzesiwo oraz sznurek i nakazał rozpalić ogień. To samo robiliśmy z korą brzozową, wacikiem, chusteczką higieniczną, sosną nasączoną żywicą oraz sekretnym przyjacielem każdego twardego survivalowca – tamponem.

Śniadaniem zjadłem byłem o 6.30, odczuwałem więc niejakie łaknienie, gdy kole 16.00 rozdano nam racje żywnościowe na cały weekend. Jak na wojskowe żarcie byłby to gourmet totalny, gdyby nie dwa szczegóły – dostaliśmy jedną porcję na dwie osoby oraz zakaz ruszania konserwy aż do odwołania. Następnie odbyliśmy zajęcia z architektury, gdzie budowaliśmy bazę z płaszcza i namiot z kocyka. Omawialiśmy to jakieś dwie godziny (w międzyczasie zaczął padać śnieg), po czym instruktor powiedział, że w sumie nie warto marnować kalorii i tylko siksy śpią w lesie pod dachem. Następnie zaprosił nas na kolację wysypując z worka na ziemię czternaście surowych ryb, którym najpierw musieliśmy zlokalizować odbyt metodą wyciskania kału, a następnie wyciąć wszystko co zbędne. Kolega obok zjadł oczy na surowo, bo nie chciał żeby mu się wylały po ścięciu białka.20161126_170133

Po kolacji był test, który polegał na jak najszybszym rozpaleniu ogniska. Skrewiłem zupełnie, bo zebrana rano rozpałka nie wyschła mi była do końca. Zebrałem co prawda korę brzozy, ale było tego tak mało, że chłopaki szydzili ze mnie dobry kwadrans. W efekcie przy następnej okazji narwałem tyle kory, że do końca szkolenia chodziłem z kilogramem rozpałki pokitranej po kieszeniach. I na dobre mi to wyszło.

Pomiędzy sobotą i niedzielą jest zwykle noc, której zwykle się nie pamięta, a która stanowi nieodzowną część weekendu. Ja tej ostatniej nie zapomnę długo. Najpierw zbudowaliśmy szałasy (w lesie pod dachem śpią siksy, więc macie prawo), potem wyłożyliśmy je igliwiem i odebraliśmy śpiworki. Miałem ogromnego fuksa, bo wylosowałem pierwszą wartę i do wpół do drugiej mogłem sobie strugać i wypalać łyżkę na zadanie domowe. Niestety zapomniałem zupełnie, że w trakcie nocy warto się zmieniać przy ognisku i w efekcie kolega, który spał całą noc na przedzie, zabrał całe ciepło, a mnie główka zsiniała, uszka odmroziły, czaszka na pół pękła, szwy wewnątrz puściły. Jakoś jednak przetrwałem te pięć godzin odpoczynku a rano założyłem trzecią parę skarpetek i doprowadziłem się do pionu uderzeniową dawką umiarkowanie ciepłej kawy suplementowanej popiołem.

Po śniadaniu mieliśmy szkolenia z węzłów, ale wszystko mi się poplątało. Potem uczyliśmy się wzywać ratunku i w głębi duszy miałem nadzieję, że naprawdę ktoś po nas przyjedzie. Najwyraźniej cała nasza grupa była mocno zdesperowana, bo mimo, iż było nas mniej,poszło nam szybciej niż reszcie. Nikt jednak nie przyjechał i musieliśmy sami ogarnąć nawigację. Ustaliliśmy najpierw północ, potem zaś rozdano nam busole i wyznaczono azymuty. Gdzieś tak przy drugim zorientowałem się, że mocno znosi mnie w lewo, więc wziąłem poprawkę na kurs i potem poszło już z górki. W nagrodę mogłem zjeść swoją konserwę a Paweł pokazał nam, jak zagotować wodę w kurtce za pomocą kamieni.

Po konserwie wyruszyliśmy na siedmiokilometrowy marsz będący ostatecznym testem naszych zdolności nawigacyjnych. Nie wiem, gdzie doszliśmy. Pamiętam, że było tam bagno, w którym ugasiliśmy pragnienie, po czym omówiliśmy filtrowanie wody i poszliśmy z powrotem omawiając tak ważkie tematy jak gorący prysznic, ciepłe łóżko i menu w częstochowskim McDonaldzie. Był to właściwie koniec szkolenia i od uzyskania certyfikatu dzielił nas tylko ostateczny test polegający na przepaleniu sznurka za pomocą płomienia rozpalonego przez siebie ogniska. Mieliśmy na to kwadrans, ale dzięki całej górze rozpałki, którą obsesyjnie zbierałem, udało mi się uwinąć w siedem i pół minuty, i to pomimo gradu, którym lekko sypnęło. Ostatni raz byłem z siebie tak dumny, gdy udusiłem Darka Ząbka na obozie MMA.20161126_163925

Do Krakowa dotarłem cztery godziny później, ale podróż minęła mi przyjemnie. Ludzie zostawiali mi całkiem sporo wolnej przestrzeni wokół. Z dworca na mieszkanie jechaliśmy sobą nawzajem – tramwaj mną, a ja tramwajem.

Advertisements

2 thoughts on “I will survive, czyli weekend w lesie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s