Happy Bjj-day!

Miałem pisać o tym wcześniej, ale czekałem na film od Kamila, który rzecz nakręcił, ten jednakowoż swoim zwyczajem ciągnie dwa etaty z nadgodzinami na każdym. Nawet nie mam sumienia go poganiać z montażem, bo musiałby ugryźć coś z tych czterech godzin, które każdej nocy przeznacza na sen. Film zatem będzie w najlepszym przypadku kole 2017 roku, w najgorszym zaś, jak już Kamil będzie bogaty, przejdzie na emeryturę i zacznie montować rzeczy dla przyjemności. Tymczasem łapcie wersję pisaną. Zaznaczę przy tym, że nie mam pełnego obrazu wydarzeń, gdyż większość z nich działa się za moimi plecami. Niekiedy nawet dosłownie.

Zaczęło się od sekretnego spisku, o którym nie wiedziałem nic, a który to zawiązał się był między moją własną prywatną dziewczyną i menadżerem SWD. Livia bowiem z premedytacją i pełną świadomością konsekwencji ujawniła przed Kamilem informację, iż Michał Wójcik kończy lat trzydzieści. I to się tak jakby rozniosło. Gdym, niczego nie przeczuwając, wybrał się na trening w ostatni piątek września, wydało mi się nieco dziwnym, że nagle wszyscy zaczęli mnie nazywać bykeim starym i gratulować formy w takim wieku. No, ale w erze fejsbuka nie takie wikiliksy się zdarzały. Tkwiąc zatem w słodkiej ignorancji ustawiłem się w szeregu na zbiórce przed treningiem i wtedy Kamil wyciągnął kamerę, ogłosił mój wiek na strony świata cztery i zarządził rozgrzewkę w formie Urodzinowego Wpierdolu.

Niepisaną tę tradycję w Szkole Walki Drwala zapoczątkował bodajże Artur, życząc sobie osiemnastu rund w klatce na osiemnaste urodziny. Rzecz się spopularyzowała i sam nawet uczestniczyłem w celebracji jubileuszu Ustara, którego to radośnie przemieliliśmy do poziomu molekuł i kwarków. Tylko że to były osiemnastki, a ja kończyłem trzydziestkę.

Jedną z podstawowych stałych fizycznych jest stała Plancka. Objawia się ona tym, że w pozycji planka, tudzież deski, ostatnie sekundy dążą do nieskończoności. Stałą tę obserwuje się również w operze, na przystanku oraz w trakcie korporacyjnych zebrań. Nigdy jednak nie doświadczyłem jej tak intensywanie jak w ciągu tych piętnastu minut, w trakcie których stoczyłem trzydzieści pojedynków. I może nawet trzymałbym się lepiej, gdyby pierwszymi dwoma przeciwnikami nie były ludzkie kombajny, zawodowi mordercy, instruktorzy SWD.

Przez pierwsze pół minuty Michał, zwany przez Błachowicza młodym Gustafssonem, wbijał mi kolana w mostek. Technika ta ma na celu utrudnianie oddychania, o ile przeciwnicy są tej samej wagi. Przy wadze Michała skończyło się owinięciem mojej przepony wokół kręgosłupa. Zaraz potem dosłownie spadł na mnie Paweł, demonstrując dlaczego na boczną w Brazylii mówi się sto kilo. Po nich wjechał Jacek, który co prawda trenuje MMA od niedawna, ale żelastwem rzucał od zygoty. Livię, czwartą z kolei, gryzło chyba sumienie za to, co mi zgotowała. A może po prostu dała mi odetchnąć, bo po niej w kolejce stał studziesięciokilowy olbrzym. Chłop by mnie zadusił i wyrwał obie ręce, ale Kamil przytomnie krzyknął nie poddajemy!. Okrzyk ten zupełnie zignorował Artur, który wszedł mi za plecy i udusił jak prosiaka. Jak już odzyskałem oddech, rzucił się na mnie Albert. Resztki przytomności podpowiadły mi, że muszę zostać na górze, bo leżąc pod kimś oddycha się trudniej. Udało mi się nawet Alberta obalić, ale przetoczył mnie z motylej gardy po jakichś pięciu sekundach. Znów byłem na ziemi i nawet już nie pamiętam, kto potem na mnie wjeżdżał. Co gorsza, gdy już wypracowałem sobie jakąś pozycję, Kamil zmieniał przeciwnika i zaczynaliśmy od zera. Leżałem więc praktycznie ciągle, bo nie tak łatwo obalić człowieka, który ledwie klęczy na kolanach. Gdzieś w połowie dobiegło mnie z boku coś w stylu:

– Mówiłeś, że jest w miarę dobry.
– To tlen. Tak wygląda brak tlenu.

Chciałbym powiedzieć, że wjechało mi to na ambicję i obudziło resztki sił. Niestety – mojej ambicji było już jakby wszystko jedno, a resztki sił były zajęte pdtrzymywaniem oddychania. Tymczasem zaczęła się druga tura, bo końcu rund było trzydzieści. Michał znów skoczył na mnie z kolanami, więc skuliłem się jak embrion w desperackiej, instynktownej i nieudanej próbie odychania przez pępowinę. Potem znów był Jacek, Albert, Artur i znajome sto dziesięć kilogramów mięśni. Próbowałem obaleń, przetoczeń i wyjść zapaśniczych, ale moje mitochondria zasugerowały, abym się pierdolił. Serce już nawet przestało wysyłać sygnały, że trzydzieści lat to nie wiek na takie fanaberie, a płuca… Płuca robiły co mogły, ale tętnice nie wyrabiały z przepustowością jak metro w Rio przy karnawale. Na koniec rzucono więc mnie na pożarcie Livii, która bez większych ceregieli weszła mi za plecy i zacisnęła na szyi mataleao, szepcząc do ucha:

-Wszystkiego najlepszego.

Moja ciało zostawili na podłodze, gdzie przez następne dziesięć minut odbudowywałem podstawowe funkcje życiowe. Potem wstałem, podziękowałe wszystkim i powiedziałem:

– Mieliście szczęście, że Kamil zakazał poddawania.

Advertisements

3 thoughts on “Happy Bjj-day!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s