Wszyscy jesteśmy sterdamami.

Zaczęło się od osiemdziesięciu czterech godzin, które w ciągu tygodnia odbębniłem na szychcie. Gdym dziewiątego września po raz ostatni odbił kartę, byłem jedynym naukowo stwierdzonym egzemplarzem nieumarłego na świecie. A był to dopiero początek, albowiem w tym samym okresie moja i Livii skryjówka pełniła funkcję hostelu. I tak około północy wymeldował nam się Lo – chudy Francuz z Rzeszowa, zwany niekiedy „jebanym Syryjczykiem” przez autochtonów Sędziszowa Małopolskiego. Na jego miejsce o pierwszej w nocy przyjechali mi siostra ze szwagrem, z którymi to musiałem dzielić kanapę w salonie, albowiem w sypialni spała Vesna – znajoma Livii z Chorwacji. Livia nie miała gdzie, więc nie spała. Vesna wymeldowała się o czwartej nad ranem, co wbrew całej do niej sympatii przyjąłem z niejaką ulgą, bo w końcu mogłem zalec we własnym leżu mym. O dziewiątej, chcąc się pożegnać, zbudziła mnie siostra, ale mimo szczerych chęci nie udało mi się okazać jej należnej wdzieczności za wizytę. O dziesiątej zaś zadzwonił mi nożem w plecy mój własny budzik, każąc się pakować na samolot do Amsterdamu. Byłem wniebowzięty.20160915_133347

Na miejscu okazało się, że Amsterdam nie ma chodników. Jest jezdnia dla samochodów, potem trzymetrowej szerokości ścieżka rowerowa, następnie wąskie ‚pierdol się’ i kanał. ‚Pierdol się’ polega na tym, że masz jakieś 50 cm przejścia zastawionego co dziesięć kroków drzewem, które możesz obejść albo z prawej, ryzykując kąpiel w kanale, albo z lewej, ryzykując rozjechanie przez rowerzystów, którzy bynajmniej nie próbują Cię ominąć, tylko brzęczą dzwonkiem i przesyłają mentalne ‚pierdol się’. Jako że tuż po przylocie przeprowadziliśmy z Miguelem synchronizację danych za pomocą dwóch wdzięcznych dzbanów, powyższą ścieżkę przebyłem tego wieczora jeszcze dwa razy, cudem tylko unikając utopienia w kanale. Byłem za to świadkiem naocznym kąpieli jakiegoś Holendra. Miguel stwierdził, że w sumie woda jest czysta, ale lepiej nie wpadać, bo z kanałów rocznie wyławia się jakieś 15.000 rowerów. I że można się nadziać.

Mieszkaliśmy w Jordaan, bo Miguelin z Tomaszem wygrali w życie i mieszkają w najlepszej dzielnicy miasta, gdzie lekko wstawione domy węższe niż talia mojej dziewczyny kosztują miliony monet i wynajem praktycznie nie istnieje. Kamienice nie są pionowe, bo miasto praktycznie stoi na bagnie a fundamenty, kiedyś drewniane, zgniły wniwecz. Uliczki są tak wąskie, że jeden samochód nie może minąć się z pieszym, a chodnika praktycznie nie ma, bo stoją tam rowery. Każdy przejazd samochodem to nieustanny stand-off i czekanie kto pierwszy odpuści. No chyba że jedzie rower. Wtedy lepiej zgasić silnik i wyjąć kluczyki, albowiem w przypadku kolizji pędzącego roweru z samochodem stojącym na włączonym silniku prawo orzeka winę kierowcy. W rezultacie cykliści mają permanentnie wyjebane.

W niedzielę poszliśmy z Miguelem na kielona w Wynand Fockink a potem na słynne literki ‚I amsterdam’. W poniedziałek zaś, po szociku w Wynand Fockink obejrzałem literki z Livią. Następnie, tradycyjnie już, pomogliśmy się odnaleźć zaginionemu turyście. Tym razem była to starsza pani z Hondurasu, która błagała nas o pomoc w znalezieniu taksówki do hotelu. Adres miała zaznaczony na ściskanej w ręku mapie, ale dla pewności odprowadziliśmy ją pod drzwi, bo żaden taksówkarz nie włączyłby silnika na 500 metrów jazdy. Trzeciego dnia planowałem wypić coś w Wynand Fockink i obejrzeć słynne literki, ale było tak gorąco, że pojechaliśmy na plażę w Zandvoort. Trafiliśmy chyba na najepszy pod względem pogody tydzień w tym stuleciu i grzechem było nie skorzystać. Bo w Holandii można się usmażyć, ale rzadko kiedy słońcem.14352299_10210922536201694_7840948852733407889_o

Po powrocie z plaży zakupiliśmy dwie jednostki brownie. Resztę wieczoru spędziłem jedząc przepyszną owsiankę z sojowym sosem czekoladowym i bananami, zaś Livia świetnie się bawiła przeszkadzając mi w tej czynności łyżeczką do herbaty. We środę, ostatniego dnia, zrobiliśmy wszystko. Najpierw wbiliśmy na free walking tour, gdzie przewodnik Axel opowiadał nam o pomniku narodowym zwanym „National Monument”, pałacu królewskim „Royal Palace” i nazwie Amsterdam, które oznacza tamę na rzece Amstel, bo miasto wybudowano przy tamie na rzece Amstel. Następnie odwiedziliśmy dzielnicę Czerwonych Latarnii, gdzie przedstawiono nam siedemsetletnie joint venture prostytucji z Kościołem. Finał był taki, że kościół zamknięto, a prostytucję zalegalizowano i opodatkowano, przez co obecnie procedura nakładania prezerwatywy przypomina operację na otwartym sercu, a kontakt cielesny zredukował się okazjonalnych uszczypnięć pęsetą. Dowiedzieliśmy się także, że w Amsterdamie narkotyki nie są legalne, tylko tak jakby tolerowane. Tolerancja to według Holendrów najlepszy business model i można robić praktycznie wszystko jeśli zachowa się pozory pozorów, zgadza się hajs i nie robi się nikomu krzywdy. Z tego właśnie powodu sklepy z tetrahydrokanabinolem nazywa się coffee shopami, zaś za palenie w nich jointa z tytoniem wylatuje się na ulicę. Bo tytoń szkodzi i nie każdy sobie życzy. Po krótkiej lekcji ekonomii zaprowadzono nas do Jordaan, gdzie przykazano uważać na kanały, z których to rocznie wyławia się jakieś 18.000 rowerów. I można się nadziać.

Było bardzo sympatycznie, ale daliśmy dyla przed finałem, bo czekała na nas przejażdżka łódką. Jako że miasto jest dużo mniejsze niż Kraków, a ludności jest niewiele mniej, miejsca jest mało. Teoretycznie gęstość zaludnienia jest nieco większa niż w takiej Wawie, ale jak policzyć tylko suchy ląd, zostaniemy z pogłowiem pięciu koła na kilometr kwadratowy. Plus rowery, których jest więcej niż ludzi. Dlatego całkiem sporo ludzi kazało sobie naskoczyć i zamieszkali w łodziach.  Reszta co prawda mieszka na lądzie, ale sporo ludzi ma łódki i niektórzy organizują wycieczki. Jako że byłem już nieco zmęczony uliczną grą w unikanie cyklopatów, uznałem to za świetny pomysł. Niestety, w trakcie przepływania pod mostem zahaczyliśmy o coś po wodą i łódź stanęła. Ruszyła dopiero, gdy wszyscy rozkołysaliśmy ją na boki. Szyper powiedział potem, że najprawdopodobniej zahaczyliśmy o rower, których to rocznie wyławia się z kanałów jakieś 23.000.

I że można się nadziać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s