Lengyel, magyar – két jó barát, czyli krótki wypad za 68.000.

Od dawna chciałem jechać na Mazury. Nigdy nie byłem – z jednej strony płasko, daleko, ludzi więcej niż komarów, a komarów w chuj i trzy. Z drugiej strony wychodzące w jezioro pomosty zawsze urzekały mnie na instagramie i przemawiała do mnie męska przygoda z reklamy łódki Bols. Livia co prawda napomknęła co nieco o Pradze i Budapeszcie, ale ja już podjąłem byłem twardą męską decyzję. Nie interesowały mnie wakacje w mieście – chciałem zasmakować slow life’u nad Wigrami. Fejsbuk mi wyłuszczył co i jak, miałem już praktycznie wybrane miejsce, a Livia nawet nie upierała się przy swojej propozycji. Dopiero dwa dni przed wyjazdem zorientowałem się, że bilet jest jednak do Budapesztu, a jak sam tak jakby zaklepałem nam miejscówkę w Tihany.

2016-06-13 17.32.24

Jechaliśmy noc całą, bo osiem godzin w autobusie uznaliśmy w naszym wieku za pestkę. Standardowo też, wyturlawszy się z busa w formie zgniecionego origami, poczęliśmy kląć pytając dlaczegóż zrobiliśmy to sobie znów? i czy my się kiedyś jeszcze nauczymy? Była 6.30, a hostel miał check in od 14.00, ale pozwolono nam kąciku złożyć strudzone członki swe. Kiedym miał już w kliniczną popaść śmierć, Livia w malignie jakiejś stwierdziła:

– Tamto na ścianie wygląda trochę jak hasło do WiFi.
– Tu są Węgry. Tu wszystko wygląda jak hasło do WiFi.

Obudziłem się w jakiejś karkołomnej pozycji z nogami na ścianie, ale jakby mniej umarły. Livia też ucięła była komara, więc zaczęliśmy przyglądać się otoczeniu. Każdy hostel w Europie ma chyba obowiązek mieć zawsze na stanie co najmniej jednego Australijczyka. Ten nasz potrafił nawet powiedzieć cześć po polsku, więc rozmowa się kleiła. Obok jakiś Amerykanin objaśniał dwóm Brytyjkom, jak to uwielbia on kraje nieanglojęzyczne, bo tylko tam naprawdę czuje się za granicą. Nie wiem do końca, dlaczego nagle zapragnąłem ukrzywdzić go na ciele, ale akurat rozdawali pościel i zajęli mi obie ręce. Poza tym pościel oznaczała sen. W łóżku. Horyzontalnym.

Wieczorem poszliśmy obejrzeć Szimplę – pierwszy lokalny ruin bar, czyli połączenie Kitschu (już po zawaleniu schodów) z tajskim night clubem i ASP. Wcześniej jednak zaczepił nas Clement – Francuz nie tyle wstawiony, co zupełnie zagubiony. Nie wiedział gdzie jest, nie znał też adresu swojego hostelu, lecz na szczęście został przemyślnie zaobrączkowany. Z nadgarstka odczytaliśmy mu adres i wskazaliśmy azymut. Clement wyraził podziw, iż potrafię zorientować analogową mapę miasta i to nawet bez kompasu. Skonkludował, iż muszę być wytrawnym obieżyświatem. On sam próbował się odnaleźć idąc przed siebie i co 20 min sprawdzając, czy nie jest w domu. Po tej uwadze postanowiliśmy odprowadzić go pod same drzwi. I dobrze, bo chłopak nawet nie próbował odnaleźć się w terenie. Zachwalał za to głośno estetykę Budapesztu:

– Tu czuć sztukę na każdym kroku, tu właściwie oddycha się arytstycznym – tu zabrakło mu słowa po angielsku – ambiant. Nigdzie we Francji czegoś takiego nie ma.
– Jak to? We Francji nie macie sztuki? Nie macie artystów? A Paryż?
– Paryż? Pff, Paris est de la merde! Bourgeoisie!

 

Zaperzył się dość ostro, ale docieraliśmy właśnie do hostelu i trzeba się było pożegnać. Musiał iść spać, bo następnego dnia mieli zwiedzać jaskinie pod Budapesztem. Kazałem mu przysiąc, że pod żadnym pozorem nie odłączy się od grupy. On sam zapytał, czy nie mamy ochoty się przyłączyć, ale mieliśmy już zaplanowany Free Walking Tour.

2016-06-12 20.28.56

Oczywiście padało, więc zwiedzałem miasto w deszczu, klapkach i rashguardzie Livii. Okazało się, że Clement miał rację – Budapeszt przebija większość, jeśli nie wszystkie miasta, które do tej pory widziałem. Mają wszystko – Peszt jest kwadratowy, ogarnięty, wszystko pobudowane według planu, za to Buda to radosny rozpierdol, w którym żadna ulica nie jest prosta, budynki leżą gdzie popadnie, a między tym wszystkim rosną jakieś malownicze krzaki. Cwaniaki wykminiły, że najlepszą formą konserwacji jest budowanie późno. Wszystko jest dzięki temu dobrze zachowane, a kogo w sumie obchodzi czy coś jest gotyckie, czy neogotyckie. Trochę się może gubiłem, gdy przewodnik raz za razem przedstawiał nam plain baroque, ale tak po prawdzie to chuja się znam, więc się nie kłóciłem.

A po wszystkim poszliśmy na langoszki.

 

P.S. Wieczorem tego dnia telefon poinformował mnie, że chyba mnie pojebało i zrobiłem 36.122 kroki w klapkach.

Reklamy

One thought on “Lengyel, magyar – két jó barát, czyli krótki wypad za 68.000.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s