Are you ready? Czyli dlaczego warto dostać lekki wpierdol.

Jakiś czas temu dowiedziałem się, że jelenie jedzą ptaszki, a żyrafy chłoszczą się na śmierć małymi różkami osadzonymi na tych długich szyjach. Zdałem sobie wtedy sprawę, że natura nie zna litości, że skoro nawet Bambi był demonicznym skowronkożercą, to walka na śmierć i życie jest wpisane w osnowę naszej heliksy dezoksyrybonukleinowej. Postanowiłem, że ja również zawalczę.

12182784_404714579653058_3922050517987236396_o

Nigdy w życiu nie biłem się na ulicy i w sumie jestem z tego dumny. No dobra, czasem były jakieś takie przepychanki, były siłowania się z chłopakami, ale nikt nigdy nikomu nie wypłacał lujów usypiaczy, czy nawet lekkich lewych prostych. Głównie dlatego, że, powiedzmy sobie szczerze, bycie uderzanym w twarz ssie. Jest niekomfortowe, nieprzyjemne, powoduje przykre odczucia. Jak mi nie wierzycie, sprawdźcie. Niemniej jednak ukrywać nie będę, że korciło mnie wielokrotnie by spróbować, gdy już trafi się okazja. By sprawdzić się w nowej sytuacji, zebrać nowe doświadczenie, zobaczyć jak to jest. Ale przede wszystkim liczyłem na to, że przecież uchylę się przed uderzeniem, ewentualnie zablokuję, a potem wyprowadzę naprawdę mocny prawy prosty i zabiorę się za nastepnego. Gdy zaś już wszyscy będą leżeć na ziemi, to pozbieram ich, ułożę w kupkę i machnę sobie selfie, a kobiety będą wzdychać i padać u mych stóp. Wizję tę rozwiewał jednak nieśmiały głos mówiący, że to jednak potoczyć by się mogło zgoła inaczej. Postanowiłem więc, w ramach eksploracji atawizmu, przekonać się w warunkach kontrolowanych, jak to jest ustawić się na solówkę i spuścić komuś wpierdol, tudzież wpierdol otrzymać. Postanowiłem na jeden dzień zostać prawdziwym wojownikiem, biorąc udział w superfighcie na gali SWD 2 – Gra o Tron. Miało być luźno i zabawnie, i nawet było, ale przekonałem się też, że tak naprawdę jestem tylko workiem mięsa pływającym w hormonach.

Bo to naprawdę miała być luźna zabawa w walkę, tymczasem moja reakcja na ogłoszenie tej walki zaskoczyła mnie zupełnie. Tętno przyspieszyło, zrobiło mi się zimno, wszystkie bodźce zostały wytłumione. Siedziałem sobie w swoim korporacyjnym boksiku, ale tak naprawdę mnie tam nie było. W głowie układałem już strategię, robiłem uniki, obalałem. Jeśli chodzi o ludzi dookoła, to zastanawiałem się, jak oni mogą sobie spokojnie pracować, skoro ja za dwa dni miałem walkę. No, ale oni nie wiedzieli, ja wiedziałem – we środę miałem się bić i najwyraźniej był to dla mnie BIG DEAL.

Postanowiłem się przygotować – poszedłem na trening boksu. I nawet jakoś mi się te ręce ruszały, a przy sparringach z Greguarem zdarzało mi się trafiać. Lekko, bo nie ma się co przypalać. Ale potem zmieniliśmy się w parach i trafiłem na Marcina, który do ułomków nie należał. Po pierwszych paru prostych zrobiło mi się przykro. To jest taki szczególny rodzaj przykrości, w którym wiesz, że nie możesz nic zrobić, bo jak on zechce, to przebije się nawet przez gardę. No, ale jakoś przetrwałem, dogadaliśmy się i na następnym treningu sparowaliśmy już lżej. Ale i tak trafił mnie, łobuz, w sam koniuszek szczęki. Aż mnie w prawym zawiasie coś ukłuło. Serio? Kontuzja przed walką? To jak ci zawodowcy wychodzą do walki po prawdziwych sparringach? Przecież oni muszą być połamani doszczętnie. Niektórzy się wycofują, jak już pęknie jakieś żebro, ale ilu wychodzi do walki z naciągniętymi więzadłami, z obitymi piszczelami i nadwyrężonym barkiem? Ja w każdym razie przez dobę miałem problemy z przeżuwaniem.

We wtorek miałem kolejny sparring. Tym razem prawie wymiotowałem, bo robiliśmy wejścia w nogi. Kiedyś już to trenowałem, ale wtedy byłem w ciągu. Teraz byłem po naprawdę długiej przerwie i muszę powiedzieć, że nigdy tak bardzo się nie zmęczyłem padając na kolana przez minutę. Rundy w walce miały być trzyminutowe. W noc przed walką spałem całkiem w porządku, bo starałem się myśleć o czymkolwiek, byle nie o walce. Ale drzemki po pracy już nie udało mi się uciąć – w kółko oglądałem znalezione na youtube walki przeciwnika i biłem się w głowie. A potem poszedłem na galę. 12195083_404715246319658_5897546830316138150_oOgólnie to nie powinienem był brać tej przedtreningówki. Na pewno zaś powinienem był sobie odpuścić tę drugą. Bo nosiło mnie strasznie. Ale przynajmniej dobrze się dogrzałem i miałem energiczne wejście. Na prezentacji też było zabawnie. Potem zaś do klatki wszedł on i zabawnie być przestało. Nie to, żebyśmy się nie lubili – trenowaliśmy kiedyś w tym samym klubie, prawdopodobnie w przeszłości mieliśmy nawet parę wspólnych sparringów. Wcześniej rozmawialiśmy dość przyjaźnie, obgadaliśmy zasady, ale to był wcześniej. Teraz mieliśmy się tłuc.

12232665_404715159653000_4280587815468559256_o

Każdy powinien tego spróbować. Myślę, że kobiety również. To jest niesamowite doświadczenie, kiedy wiesz, że wszyscy patrzą, ale tak naprawdę wszystko jest tylko tłem. Jest to rodzaj medytacji, w którym poziom skupienia wytłumia wszystkie inne myśli, a przeciwnik w tym momencie staje się jedną z ważniejszych osób w Twoim życiu. Mózg zalewa fala adrenaliny, oddech przyspiesza, czas zwalnia. Wchodzi się w taki flow, w którym widzisz tę pięść, a jeśli nie jesteś w stanie zareagować, to po prostu dlatego, że Twoje ciało nie nadąża. Pięść uderza, ale to nie boli, natomiast wiesz, że to nie tak miało być. Nie tego chciałeś, ale on właśnie robi dokładnie to, czego nie chcesz. Po raz pierwszy od dawna wychodzisz z cywilizacyjnego bąbla, w którym wystarczy mocniej chrząknąć, żeby zatrzymał się w pół kroku i zastanowił, czy przypadkiem Cię nie uraził. Tutaj nie pomoże „Nie do końca to miałem na myśli” ani nawet ostentacyjne „Przepraszam, czy mógłbyś przestać?”. Wchodzisz w świat, w którym ktoś łapie Cię i rzuca Tobą o ziemię. A potem spada na Ciebie i zasypuje ciosami. Ciosy są lekkie i raczej nie zrobią krzywdy, ale gdyby reguły były inne, to zostałbyś właśnie wmielony w matę. Ciesz się, że to nie chodnik. Witamy w symulacji prawdziwego życia.

Już po pierwszej rundzie 11231272_404715109653005_5914860594453281188_obyłem koszmarnie zmęczony. W drugiej jeszcze próbowałem zrobić jakieś przetoczenie, obronić obalenie lub samemu skutecznie obalić, jednak bez powodzenia. Nie miałem nawet siły, żeby dopiąć duszenie. Przed trzecią rundą zastanawiałem się, gdzie są moje płuca, ale prawda wyglądała tak, że w tym całym stresie prawdopodobnie przestałem oddychać. Mam więc lekcję na przyszłość – w trudnych sytuacjach warto i należy oddychać. Na zmianę wyniku było już jednak za późno – sędziowie słusznie podyktowali zwycięstwo Artura. Chłopak przeszedł przez mnie jak kapusta przez niską babę, bo silny był jak tur. Jego był dzień, jego chwała. Mimo wszystko, jak już wszystko ze mnie zeszło, czułem się wyśmienicie. Cały stres minął, byłem naprawdę zrelaksowany. Nic mnie nie bolało, za to czułem, jakby stało się coś ważnego. Jakbym znalazł się w kaście wojowników, odbył rytuał przejścia.

12240282_404715232986326_3463044903760734236_o

Piszczel zaczął mnie boleć następnego dnia.

Reklamy

2 thoughts on “Are you ready? Czyli dlaczego warto dostać lekki wpierdol.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s