Ultima llamada, czyli wyścig z czasem

Nie kupiliśmy tych antybiotyków. I dobrze, bo gdybym kupił, to pewnie zostałbym w tej Tajlandii na zawsze.

A może nie, może to nie tabletki były winne. Może to efekt biegunki, odwodnienia, spania w czterdziestostopniowym upale, piwa Chang albo tajnego tajskiego ciosu, który odnosił skutek dopiero dnia trzeciego. W każdym razie byłem nieco zawieszony.

Na lotnisko dotarliśmy przepisowe trzy godziny przed odlotem. No, może dwie. W każdym razie byliśmy praktycznie na czas i wszystko byłoby w porządku, gdyby kolejna na odprawę nie była tak długa. No i gdybyśmy się nie rozdzielili na tym lotnisku. Bo na początku nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego okienka, więc poszliśmy każdy w swoją stronę. Ja akurat miałem szczęście i znalazłem, więc stwierdziłem, że stanę, a Wiśnia mnie znajdzie. Wiśnia zaś, który kolejki nie znalazł, stanął sobie na uboczu i czekał, aż go znajdę i zaprowadzę. Tak to chyba było, bo pamiętam to jak przez mgłę. W każdym razie czekaliśmy jeden na drugiego, a telefony albo padły, albo nie było wifi. Wiśnia na szczęście się zniecierpliwił i poszedł mnie szukać. Jak mnie znalazł i ustawił się na szarym końcu, to byłem już w połowie ogonka i na migi zacząłem z nim wyjaśniać sytuację. Potem zdałem bagaże, poczekałem na niego i niespiesznie udaliśmy się na odprawę. A zegar tykał.

Powinniśmy byli biec, bo kolejka do odpraw była, jak wszystko w Azji, zajebana ludźmi totalnie. Ale przynajmniej w tej kolejce staliśmy już razem.

– Musimy to jakoś ogarnąć. Przygotuj sobie wcześniej wizę – poradził mi Wiśnia.
– Jaką wizę? – nie do końca zrozumiałem.
– No, jak tu wjeżdżałeś, to dali Ci taki papier z datą przyjazdu. Teraz musisz im go oddać, bo chcą zanotować, kiedy wyjechałeś.
– Pięciokrotnie zmienialiśmy miejsce pobytu. Pociągiem, autobusem, samochodem, skuterem i tuktukami zrobiliśmy łącznie jakieś dwa tysiące kilometrów, właśnie wyszedłem z ciężkiej biegunki, a Ty mi każesz znaleźć jakiś papier sprzed dziesięcu dni?
– No, ogólnie fajnie byłoby, jakbyś go miał.
– Nie opcji, żebym go teraz znalazł, ale może nie będą się czepiać? W końcu ja tylko chcę opuścić ich kraj. Siłą będą mnie zatrzymywać?

Zatrzymali mnie. Obsobaczyli z góry na dół, dali kwitek do wypełnienia i kazali wypisywać wszystko na nowo. Wiśnia, który odprawił się przede mną, pędził zaś na złamanie karku, bo zaraz po wyjściu z odprawy usłyszał ostatnie wezwanie przed odlotem, z naszymi rodowymi nazwiskami i tymi samymi pięknymi imionami, jakie nadali nam byli rodzice.

Ja zaś powolutku przechodziłem przez formularz, metodycznie kaligrafują c literki z całą precyzją, na jaką było mnie stać w ówczesnej malignie, żeby się tylko nie czepiali. Gdym już wszystko wypisał, podszedłem do okienka, gdzie celnik warknął krótkie „gdzie?” i nakazał stanąć w kolejce. Zacząłem grzecznie tłumaczyć wszystkim, że nieco się spieszę i byłoby fajnie, gdyby mnie przepuścili. Na szczęście Azjaci są z natury uprzejmi, o ile nie są celnikami.

Wyszedłem na terminal i począłem kroczyć w stronę samolotu.
Gdzieś tam może rzeczywiście pobrzmiewało jakieś ostatnie wezwanie, ale mało to się takich wezwań wszyelkiej maści wysłuchało w żyicu na lotniskach? Chyba standardowo wlepiłem to w szum tła, bo nawet nie za bardzo je sobie przypominam. W ogóle nie za bardzo wiedziałem, co się dzieje, bo niby się spieszyłem, ale w sumie szedłem tak jakby na autopilocie, wyluzowany i z rękami w kieszeniach. I wtedy, w tej całej malignie, wyczułem w kieszeni ostatnie 500 bahtów, przed oczyma zamajaczył mi zaś sklep wolnocłowy. Resztki biegunki musiały mi pewnikiem uderzyć do głowy, albowiem wpadłem na wyraźnie gówniany pomysł, by te ostatnie pieniądze przejebać na słodycze. Wiśnia zaś w tym czasie klęczał przed stewardessą i oferował jej wszystko, ze swoim młodym ciałem włącznie, byle tylko nie odlatywali beze mnie.

Dobrze przynajmniej, że ceny były z góry ustalone, bo nie musiałem się targować. Mieliśmy tylko niewielkie negocjacje związane z naliczaniem podatku, ale chłopaki wszysytko mi jasno wyjaśniły. Wziąłem więc paczkę takich tajskich Reezes, Dumle, i opakowanie czegośtam jeszcze, ale ze względu na podatek nie starczyło mi już na czekoladę. Dumle otworzyłem zaraz po wyjściu ze sklepu.

Wiśnia w tym czasie pokazywał załodze samolotu moje zdjęcia, że taki jestem słodki, niewinny, z wyglądu nieco głupi, błagając by się zlitowali i nie odlatywali. Obiecywał im, że już zaraz będę, że co prawda coś mi wypadło, ale za minutę, za dwie, będę na bank. W końcu jednak stewardessa powiedziała, żeby się uspokoił i siadał, bo dla jednego pasażenia nie będą wstrzymywać lotu międzykontynentalnego. Zaczęli zwoływać ekipę, która mnie wypatrywała, wygasili światła w samolocie i zabrali się za odpinanie rękawa i zamykanie drzwi. W końcu wszyscy weszli do środka, a załamany Wiśnia poddał się ostatecznie.

Przedwcześnie jednak, bo na końcu grupy tych wszystkich stewardes wsiadłem ja. Nieco zdyszany, bo biegłem, ale w sumie dalej nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Kiedy Wiśnia, będąc strzępkiem nierwów, nieco z ulgą, a nieco z wyrzutem wycedził „Nareszcie, wszyscy tu na Ciebie czekali”, odpowiedziałem: „O, jak miło”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s