w *** byłem, *** widziałem, czyli dlaczego nie znam Bangkoku

Dla czytelników nieco wrażliwszych – tę notkę sobie odpuśćcie. Dla Waszego i mojego dobra, naprawdę. Dla czytelników nieco mniej wrażliwych, ale za to głodnych doznań – anala nie będzie. Bo go nie było (ale nawet jakby był, to i tak bym Wam nie opisał), bo nie tylko po to można jeździć do Tajlandii, bo i tak było dość niesmacznie.

Zamieszkaliśmy z Wiśnią w Chinatown. Hostel był dość luksusowy, z wifi, prądem i ciepłą wodą. Klimy co prawda nie było, ale był wiatrak, nie było limitów na wrzątek i od własciwie już od progu, jak na Azję Południową, panował ład i porządek. Ale przed progiem, za ciężkimi drewnianymi wrotami na szynach nie panował nikt. Na ulice wylewano wszystko, co wylać się dało, a w tamtejszym upale niewiele rzeczy zachowywało stan stały. Psy tu i ówdzie gniły na chodnikach (to nie jest metafora – były
martwe), niespiesznie zjadane przez leniwe muchy, po ich zwłokach zaś ślizgały się wszędobylskie skutery, których spaliny właściwie dezynfekowały skisłe powietrze naszego podwórka. Najdziwniejszym jednak było, że w tych warunkach kwitła w najlepsze uliczna gastronomia. Niekiedy kwitła dosłownie, bo zasadniczą częścią obróbki termicznej tych trucheł na patykach było trzymanie tego godzinami w czterdziestostopniowym upale, podgrzewając od niechcenia na zeszłorocznym oleju tylko po to, żeby się sanepid nie przyczepił. Oczywiście żartuję z tym sanepidem – niczego takiego tam nie było. Niekiedy zaś kwitła ekonomicznie, bo kupiliśmy z Wiśnią po kurczaku – dwa złote za porcję. Higiena higieną, ale po trzech godzinach treningu (relacja tutaj) białeczko musi być.

Po treningu zwykłem też się myć. Właśnie w trakcie takiej oblucji, w chińskiej dzielnicy tajskiej stolicy usłyszałem przebój Varius Manx pt. „Orła cień”. Okazało się, że mamy polskie sąsiadki, które poczęstowane tanim chińskim koniakiem odwdzięczyły się smażonymi owadami i suszoną żabą z pudełka, zakupioną na targu u tajemniczego azjatyckiego doktora Pajcziwo. Tak też sobie dogadzaliśmy w trakcie przemiłej rozmowy, którą to jednak musiałem zakończyć przed czasem. Z nienanych przyczyn poczułem się źle. Coś mi chyba siadło na żołądku.

Udałem się na górę, by nieco spocząć i nabrać sił przed czekającą nas pożegnalną imprezą z Bangkokiem (następnego dnia wracaliśmy do domu). Próbowałem nawet się pakować, ale prędko zaległem z gorączką. A gorączka w tamtejszych warunkach to nie były żarty – groziło mi poważne odwodnienie. Tym bardziej, że dopadło mnie to samo, co (uwaga spojler) Danaerys w piątym tomie Gry o tron. Dla tych, którzy jeszcze nie czytali – jeśli już na niego natraficie, spokojnie można go pominąć. Jedyne, co można stamtąd wyciągnąć to rzadko spotykana forma przeszła pewnego czasownika, który owego feralnego dnia bywał moim orzeczniem bardzo często i, paradoksalnie, bardzo rzadko. Trwało to właściwie do wieczora i nie wyglądało, jakby miało przestać.

Dlatego też Wiśnia postanowił mnie ratować. Wygrzebał gdzieś z plecaka tabletki, które był nabył przy ostatnich tego typu rewelacjach. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zastosować dawkę uderzeniową. By nie bawić się w półśrodki i działać kompleksowo, przecibakteryjnie wyduldałem pozostałe ćwierć litra tego koniaku. Wziąłem ostatni prysznic, przebrałem się w nieprzepocone ubrania i uderzyliśmy na miasto. Tam doszliśmy do wniosku, że na biegunkę najlepsza jest kawa. Niestety okazało się, że największy kubek jaki mieli w 7/11 w połowie składał się z mleka, a z laktozą średnio się lubimy. Wciągnąłem go jednak twardo. Kontynuując terapię, Wiśnia zamówił dwie porcje ryżu tak ostrego, że nie dojadł. Dla mojego własnego dobra musiałem więc zjeść półtorej porcji. Na imprezie wypiliśmy jeszcze po piwie, a Wiśnia dla poratowania zdrowia skombinował mi fajkę. Próbowałem terapeutycznie wciągać dym do żołądka, jak Apacze, licząc że bakterie umrą na raka krtani. Szło mi średnio, bo zwykle nie palę, ale czego się nie robi dla lepszego samopoczucia?

Na imprezie nieco tańczyliśmy. Zważywszy jednak, że wychodziłem do toalety średnio trzy razy na piosenkę, ani ja się do dziewcząt nie garnąłem, ani one nie były zbyt chętne. Prędko więc zadecydowaliśmy o tuk-tuku do domu. Problem polegał na tym, że żaden taksówkarz nie znał naszego adresu. Jeden krążył z nami przez dwadzieścia minut po mieście, by w końcu wysadzić nas rozkładając bezradnie ręcę. Była noc, miałem biegunkę i nie wiedziałem, gdzie jestem. Poszliśmy więc szukać czegokolwiek. Nie ukrywam, że po dwudziestu minutach nocnej jazdy bez celu byłem już lekko zdesperowany. Pech chciał, że przechodziliśmy przez targ (Bangkok nie śpi nigdy). Nie dość, że musiałem przeciskać się przez tłum powstrzymując coś, co chciało przecisnąć się przeze mnie, to jeszcze Wiśnia znalazł stoisko z takimi ślicznymi lampkami. Sprzedawca jednak targował się twardo. A ja czekałem.

Nie, żebym był niecierpliwy, ale w pewnym momencie postanowiłem to wszystkie pierdolić i iść na chybił trafił przed siebie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Tajlandia szykowała się do stanu wojennego, ale na większych ulicach rzucały się już w oczy (głównie ze względu na siatkę kamuflującą) zaimprowizowane posterunki wojskowe. Byłem już na tyle zdesperowany, że podszedłem do jednego takiego posterunku i pokazując na ulicę, która lekko majaczyła mi już w pamięci, zapytałem:

– Rama VI street?
– Rama VI street – usłyszałem.
– Chinatown? – machnąłem ręką przed siebie.
– Chinatown – skinął głową żołnierz.

Nie pytałem o dystans, bo co miałoby to zmienić? Poza tym trochę mi się spieszyło. Miałem tej nocy cholernego fuksa, bo już po dwudziestu minutach marszu trafiłem na znajomą przecznicę. Po kolejnych dwudziestu minutach dotarłem do hotelu i wbiegłem to kibla jeszcze zanim mój telefon połączył się z wifi. Ale może bez detali. Następnego dnia cierpiałem dalej, postanowiłem jednak zrezygnować z suplementarnych metod kompleksowej medycyny domowej Wiśni. Żarłem tylko tabletki,  już bez fajek i bez koniaku, póki nie skończyło się opakowanie. Kiedy już znaleźliśmy się na lotnisku, poszliśmy do apteki, by dokupić tych magicznych lekarstw. Farmaceutka powiedziała jednak, że nie sprzeda nam tego bez recepty.

Bo to były antybiotyki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s