Tienda de campaña

Czyli pierwsza podróż do Hiszpanii

Poniższe wydarzenia miały miejsce, gdy selfie sticki były z hartowanej stali i używali ich wyłącznie kibice. Zdjęć zatem nie ma. Może to i lepiej, bo dziesięć lat temu nie byłem jeszcze tak przystojny i miałem znacznie chudsze pęciny.

Było lato, a ja dostałem smsa: Siema, podobno masz namiot. Jedziemy na stopa do Hiszpanii?. Najdziwniejsze było to, że nie wysłał go Wiśnia, tylko Greguar. To były czasy, gdy nie pisało się byle głupot. Jeśli chciałeś wpisać s, to cztery razy wciskałeś klawisz 7. Dawało to nieco czasu na zastanowienie, więc smsy były bardziej przemyślane. A Greguar ówcześnie grał po nocach w Fallouta, pogramował w VBA i właśnie zaczynał rozróżniać pięć rodzajów h w dialekcie egipskim. To nie miało prawa się udać.

Nakupiliśmy konswerw, wzięliśmy namiot pod pachę i po sto euro do kieszeni, od rodziców. Zostałem tłumaczem, bo miałem książkę do hiszpańskiego i znałem już jedną koniugację w czasie teraźniejszym. Greguar ogarnął pierwszy transport – z Krosna do Jasła zawiozła nas, mimo nieco sceptycznego nastawienia do całego przedsięwzięcia, jego mama. Jako rasowi podróżnicy lekko wzbranialiśmy się przed pożegnalnym uściskiem. Gdy odjechała, wyjaśniłem Greguarowi podstawy autostopowej komunikacji niewerbalnej i stanęliśmy na rondzie.

Poszło zadziwiająco szybko, bo po kwadransie zatrzymała się furgonetka. Kierowca wyjaśnił, że ogólnie jedzie do Krakowa, ale musi ogarnąć parę miejsc. I że nas podrzuci, jak mu pomożemy przy wyładunku. Poszliśmy na to. Chłopak był bardzo w porządku, ale gdzieś na dwudziestym kilometrze przerwał wywód o paleniu z ramy rowerowej i spytał, czy nie jesteśmy tutejsi. Bo ogólnie to się zgubił, a musi dojechać do Strzyżowa. Nieco mnie to zaniepokoiło, ale wyciągnęliśmy mapę i pół godziny później rozładowywaliśmy papier toaletowy w hurtowni. Następnym punktem miała być Korczyna, czy jakoś tak. Rozładowując czwartą paletę z podpaskami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nie do końca idzie nam zgodnie z planem. Bo po dwudziestu minutach byliśmy z powrotem w Krośnie, a po godzinie przejeżdżaliśmy przez to samo rondo w Jaśle. Gdy nasz szofer rzucił krótkie hmm, wygląda znajomo, zachciało mi się płakać.

Ale mknęliśmy już do Krakowa, i to mknęliśmy dość szybko. Raz, że byliśmy bez ładunku, dwa, bo kierowca miał chody w policji, a przynajmniej tak twierdził. Wylądowaliśmy tam koło czternastej, co w sumie nie było takim złym czasem. Chcąc jednak nadrobić nasz podkarpacki trójkąt bermudzki, postanowiliśmy przyspieszyć.

Stanęliśmy zatem na autostradzie. Geniusz tego pomysłu przyćmiewa jedynie fakt, iż był to autostrady początek, zaś sama trasa nie była jeszcze oficjalnie otwarta. Inaczej pewnie spędzilibyśmy noc na posterunku. A tak to pobiegaliśmy sobie ze dwie godziny po poboczu i nawet udało nam się przejechać Jaguarem. Kierowca pracował bowiem w salonie BMW i pragnął stanowczo odciąć się od klienteli. Ale że łatwiej wyrwać człowieka z pracy, niż pracę z człowieka, jeździł tym jak beemką i po godzinie byliśmy pod Katowicami. Gdzie, dokonawszy podstawowej higieny osobistej w przydrożnej stacji, przeskoczyliśmy ogrodzenie i rozbiliśmy namiot w przydrożnym lasku.

Rano, w nastrojach opymistycznych, wyszliśmy pod bramki i wystawiliśmy kciuki. Po trzech godzinach Greguar zakwestionował naszą metodę stwierdzając, iż brakuje nam interakcji międzyludzkiej. Że trzeba pokazać kierowcom, jakie z nas sympatyczne chłopaki, dać się poznać i kupić ich ciepłym słowem. Uderzyliśmy do stojących na parkingu kierowców.

Dialogów, choć krótkie i treściwe, przytaczać nie będę. Minęło południe, a my wciąż staliśmy w tym samym miejscu. W końcu jakiś koleś stwierdził, że tylko zawadzamy i wywiózł nas trzydzieści kilometrów dalej. W ten sposób nasza średnia prędkość wzrosła z zera do 5km/h. Humorów nam to jednak nie poprawiło. Dodatkowo nie mieliśmy za bardzo pojęcia, gdzie jesteśmy. Potem kuzyn mi wyjaśnił, że jak na Śląsku nie wiesz gdzie jesteś, to jesteś w Rudzie Śląskiej. W rzeczy samej, po krótkim spacerze natrafiliśmy na znak …uda Śl..ska. Doczołgaliśmy się do dworca i zrezygnowani kupiliśmy bilet do domu.

Zawsze, gdy opowiadałem tę historię, bardziej doświadczeni autostopowicze pytali, czemu nie uderzyliśmy na Warszawę, przecież przez Poznań wiodła wtedy główna trasa autostopowa na zachód. Ale ja sobie myślę, że jakbyśmy wtedy naprawdę daleko zajechali, to dopiero byłoby przejebane. A tak, to z trudem bo z trudem, ale udało nam się wyłudzić po cztery stówy od starych.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tienda de campaña

  1. Rzeczywiście zawiła sytuacja… W sumie w ostatnim tygodniu (gdyby przenieść adekwatną sytuację) byłoby wam łatwiej, bo stopem do Warszawy, a z tamtąd już do Sewilli byście się z kimś złapali, a nawet jeżeli nie to chociaż na buty kibiców Legii, Sląska czy czego tam jeszcze. No i jeszcze ryzyko popieprzenia Iberów z Ukraińcami (jak się nie zna ani hiszpańskiego a nie ukraińskiego to nie takie trudne) a wtedy moglibyście wylądować na wschodzie czyli też nie za dobrze… W sumie dobrze, ze wróciliście z tej autostrady i to kilka lat temu…;)
    No i co dopakowaliście przy rozładunku srajtaśmy to wasze podwaliny pod 40 cm w bicu;)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s