„Złap mnie jeśli potrafisz”

Czyli podchody w Tajlandii

Gdy Wiśnia ogarniał mi etat w norweskim przemyśle marketingowym, nakazał mi przysiąc na słomiane zbroje wojowników z Malawi, że wybiorę się z nim do Tajlandii. Było to nic innego jak szantaż i bezwzględne wymuszenie, więc musiałem się zgodzić.

Siema, mam już hotel. Weź bilety do Bangkoku na 23 kwietnia i powrotny na 6 maja – Wiśnia zaczął egzekwować obietnicę dość bezpośrednio. W pracy poprosiłem o urlop mówiąc, że bilety mam już kupione i że lecę z Wiśnią, który cieszył się estymą tak wśród Hindusów jak i Pakistańczyków. Taki Ghandi z Malinówki.

Podróż ta miała być symbolem mojej zaradności i sukcesu osiągniętego poprzez wykorzystanie różnic pomiędzy tajską i norweską gospodarką. A te pokazały się dość szybko. Na lotnisku zakupiłem dwa litry mineralnej, czterdzieści złotych każdy. W ramach oszczędności. Tydzień później w Patong oferowano mi lodzika za sześć dych. Oferowano go co prawda barytonem, ale i tak zapamiętałem to jako przykład zachwianej dystrybucji dóbr. Bo poza kwadratową szczęką kolo miał niezłe cycki.

W samolocie z kolei nierówno rozdystrybuowali się ludzie, zostawiając rząd trzynasty zupełnie pustym. Wiadomo bowiem, że w katastrofach lotniczych rząd trzynasty ma zwykle pecha i ginie. Mimo to mężnie wziąłem na klatę to ryzyko i rozjebałem się tam z moimi ciastkami, pomidorami i wodą po dwie trzecie fellatio za litr. Pić jakoś mi się nie chciało, za to warunki były idealne, żeby się wyspać. Wyłożyłem się więc na tych moich trzech pechowych miejscach, nakryłem kołdrą i przeleżałem tak ze dwie godziny, kręcąc się z boku na bok. Pierwsze prawo Ryanaira – senność jest odwrotnie proporcjonalna do miejsca na nogi.

Na lotnisko wpadłem koło siódmej rano czasu tajskiego świeżutki jak oddech nekromanty. Dotłukłem się metrem do centrum, skąd według Wiśni miałem się dostać do punktu zbornego na dworcu Sai Mai Tai. Cudem znalazłem Tajkę, która mówiła po angielsku. Dzięki niej przez godzinę czekałem na złym przystanku, po czym w końcu wsadziła mnie do autobusu, który w ogóle na dworzec nie jechał, co wytłumaczyła mi konduktorka po tajsku. I kazała wypierdalać.

Wysiadłem i znalazłem jakąś nastolatkę, która wskazała mi trzy przypadkowe kierunki. Przy ruchu lewostronnym trochę mi zajęło znalezienie przystanku. Na szczęście nawinął się pewien Amerykanin w obficie przepoconym łajfbiterze i oświadczył, że bankowo jedziemy w tym samym kierunku. Pogadaliśmy sobie o pozwoleniach na broń i Wielkiej Ameryce. O Polsce trudno było dyskutować, bo nie za bardzo wiedział o co to.

Gdy wysiadł, pokazałem konduktorce serwetkę, a na której naszkicowałem sobie nazwę przystanku. Naszkicowałem, bo do „przepisania” potrzebne byłoby jakieś zrozumienie, znajomość liter lub przynajmniej wyczucie, gdzie jedna się kończy, a druga zaczyna. Nie mogłem tego ogarnąć, więc skrupulatnie odrysowałem sobie kółko po kółku, kreska po kresce, wszystkie te krzywe Beziera. I chyba mi to nawet wyszło, bo w końcu wylądowałem na dworcu. Gdzie Wiśni nie było.

Zostawił mi wiadomość, że jednak widzimy się na Phuket, że o 12.00 mam autobus i w ogóle powodzenia. Autobus był o 16.00, ale nie będę się czepiał. O północy zatrzymaliśmy się w środku dżungli i wszyscy zaczęli wysiadać. Nikt nie mówił po angielsku, więc nie wiedziałem, czy dojechaliśmy, czy nie. Okazało się, że to jakieś targowisko, więc na szczęście wsiadłem z powrotem. Po pięciu godzinach znów wszyscy wysiedli i znów nie wiedziałem, czy to to, ale śmierdziało jakby miastem. Znalazłem nawet taksówkarza. Byłem w Phuket.

Nie miałem adresu, ale znałem nazwę hotelu. Taksówkarz na skuterku zgodził się mi go poszukać za sto batów. Na polskie to dyszka, więc nie protestowałem (później dowiedziałem się, że Wiśnia targował się u nich o pięćdziesiąt groszy). W Tajlandii rządzą chyba liberałowie, bo nie dostałem nawet kasku na ten skuter. Ale poszło nam szybko. Na odchodne taksiarz zaproponował mi trawę, ale byłem nieco nieufny.

Zapukałem do drzwi hotelu, lecz nikt nie otwierał. Po kwadransie odkryłem boczne wejście z kluczem drzwiach. W środku nikogo nie było, a ja nie za bardzo znałem numer pokoju Wiśni. Jako że telefonu też nie odbierał, nie pozostało mi nic innego jak usiąść w pralni na końcu korytarza i przygotować się na długą noc. Właśnie wtedy Wiśni zachciało się lać i wracając zauważył mnie na końcu korytarza.

O, przyjechałeś, w sumie spoko.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “„Złap mnie jeśli potrafisz”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s