„Szybko, za tym autobusem!”

Czyli jedziemy dalej różnymi środkami transportu.

Siódmego dnia wyjechaliśmy z dżungli. Siedziałem na tylnym siedzeniu, powoził czternasty syn naszego landlorda, zaś Wiśnia siedział w koszu, czyli przerdzewiałej pace zespawanej śliną o umiarkowanej temperaturze. Ale przeżył.

Jesteśmy bardzo odpowiedzialnymi młodymi ludźmi, więc na przystanku byliśmy jakiś kwardans przed czasem. Wiśnia poszedł w poszycie by przygotować się do podróży, ja zaś postanowiłem uwiecznić okoliczności przyrody:

10275522_10203858646368863_7556899067389062275_o

Ciemniejsza plama na powyższej panoramie powstała, gdy Wiśnia z krzykiem opuścił poszycie. I mi się niedoświetliło. Wiśnia opuścił zaś z krzykiem poszycie, bo nasz autobus, nie zwolniwszy nawet, li tylko jeden sygnał dzwiękowy dając, przejechał nam obok przystanku. Był on ostatnim tego dnia, a my byliśmy w kropce.

Nagle jednak, zupełnie nie budząc naszych podejrzeń, ukazał się nam wybawca. I zaoferował się złapać nam ten autobus za dwieście batów. Próbowaliśmy się targować, ale on tylko wymownie spoglądał na sekundnik. Wsiedliśmy zatem do wehikułu, który wyglądał jak Skoda wujka Józka po dwudziestu latach jeżdzenia do Bułgarii. Tylko u wujka Józka oparcia działały, a tutaj musiałem Wiśni podtrzymywać nogą plecy. I to ostro, bo kierowca autentycznie się starał. Jechał jakieś 140km/h, co przy lewostronnym ruchu sprawiało wrażenie jakbyśmy przez kwadrans nieustannie kogoś wyprzedzali tak na prostej, jak i na zakrętach. A było padało.

Skonfundowałem się doszczętnie, gdy zjechaliśmy na prawy pas i rzeczywiście zaczęliśmy wyprzedzać nasz autobus. Który jakoś tak od razu zorientował się o co biega i stanął. Nasz wybawca powiedział, żebyśmy dorzucili jeszcze stówę, bo mu się paliwo skończyło. Zgodziłem się. Po pierwsze, uratował nam dupę. Po drugie, nie kłamał – wskaźnik paliwa wskazywał praktycznie opary.

I nieważne, że chłopaki zrobiły sobie przekręt na turystach. Skubać białasów to ich święte prawo. W zamian dostaliśmy niezłą dawkę adrenaliny, a wyszło taniej niż za kino w Polsce. No i jechaliśmy do Surat Thani.

Na miejsce dojechaliśmy po zmroku. Surat Thani to taki Radom Tajlandii. Nazwa oznacza „miasto dobrych ludzi”, dokładnie rzecz biorąc 130 tys. dobrych ludzi, ale jakoś nie planowaliśmy zwiedzania. Wyszło inaczej, bo nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie wysiąść. Wysiediliśmy zatem gdziekolwiek i wzięliśmy tuk tuka. Za dwie stówy, bo było daleko. Razem z nami wsiadło też dwóch przyjaznych programistów z Rumunii, bo kierowca stwierdził, że to po drodze. Jechaliśmy najpierw jakieś 10km żeby odwieźć Rumunów, po czym zawróciliśmy i zrobiliśmy 20km w przeciwnym kierunku. Po niemal godzinie wysiedliśmy na stacji kolejowej, która znajdowała się obok zajezdni autobusowej. Rozpoznaliśmy nawet autobus, którym jechaliśmy wcześniej.

Czekając na pociąg zjadłem najostrzejsze curry w życiu. Pociekło mi ze wszystkich otworów twarzoczaszki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s