get you motor running, head out on the highway

Z Wiśnią o śmierć ocieraliśmy się razy kilka. W sumie ocieraliśmy się o różne rzeczy, głównie z własnej głupoty. Rzadko było mi z tego powodu wstyd. Ale tym razem było.

Wynajęliśmy stalowego rumaka. Słynny azjatycki skuter, który częściej zabiera się do mechanika niż na stację benzynową. I to nie tylko dlatego, że mało pali. Pech chciał, że trafił się nam skuter pewny, niezawodny. I to nas zgubiło.

Skuter ważył tyle co moja prawa noga na pompie, a wsiedliśmy na niego we dwójkę (Kamil też suchoklatesem nie jest). Kaski mieliśmy, ale szybki gdzieś się zapodziały, więc byle komar w oku mógł nas zabić. Wszystko to jednak było niczym przy lewostronnym ruchu drogowym Tajlandi połączonym z absolutną fakultatywnością sygnalizacji świetlnej. Dla bezpieczeństwa postanowiliśmy na wszystkich skrzyżowaniach skręcać w lewo. Jechaliśmy co prawda na południowy wschód, ale za bardzo nam to nie przeszkadzało, bo naszym jedynym wyznacznikiem północy były Suwałki.

Nie powiem zatem, żebyśmy się szybko zgubili, bo od początku nie znaliśmy drogi. Istniało jednak niezerowe prawdopodobieństwo jej znalezienia, więc taktycznie zmienialiśmy azymut co jakiś kwadrans. Gdybyśmy byli na kontynencie, to pewnie właśnie przemierzalibyśmy Mongolię, ale na wyspie musieliśmy w końcu trafić do Patong.

Wiśnia był pasażerem, więc najpierw wziął piwo, a potem poszliśmy na targ. Zjadłem mięso z krokodyla, ze cztery kogucie stopy i wszystkie owoce, które umieliśmy jeść (poza jabłkami, bo były drogie). I wyruszyliśmy na plażę.

Na plaży Wiśnia zaoferował się do pilnowania rzeczy. Jako że pokładałem w nim pełne zaufanie, a paszport został w hotelu, poszedłem nurkować. Gdy wychodziłem z wody, akurat odpalali fajerwerki, które obudziły Wiśnię. Na szczęście nikt nas nie obrobił, więc mogliśmy rozpocząć nocne zwiedzanie Patong. Które to zwiedzanie ma swoje zasady. Tajski marketing zakłada bowiem, że do niektórych miejsc nie wpuszcza się trzeźwych białych. Trzeba wchodzić z butelką w ręce, awanturując się i naprzykrzając dziewczętom. Wiśnia był już w sumie gotowy, ale ja musiałem wtopić się w tło. Kupiłem sobie butelkę Changa, a Wiśnia jakieś inne piwo, które w połowie butelki okazało się być pietnastoprocentowym winem. Zniósł to jednak z godnością.

Fajnie się nam wtedy zwiedziało, różneśmy rzeczy widzieli. Ale trzeba było wracać, a tak się jakby zorientowaliśmy nagle z zaskoczeniem, że Wiśnia to chyba jednak nie poprowadzi z powrotem. Ja ze skruchą przyznać muszę, też byłem po Changu, ale, jak mówi klasyk navigare necesse est, vivere non est necesse* . Wsiedliśmy więc na motor i ruszyliśmy z powrotem. Wtedy zapadła ciemność.

Nie, żeby poszedł akumulator – po prostu w całym mieście skończył się prąd. Przyjebało bowiem takim monsunem, że w parę sekund przednie koło nabrało wyporności i zaczęło tańczyć. Z gracją zsunęliśmy się zatem z siodła i rzuciliśmy się do supermarkietu, zdradziecko porzucając naszego rumaka na środku drogi. Kluczyki wyjąłem, ale właściwie zbytecznie, bo nie było komu kraść. Wszyscy jak zmokłe kury siedzieli pod dachem supermarkietu i czekali aż spadnie, co miało spaść. Jak już spadło, to byłem prawie trzeźwy.

Wyszło by nam na zdrowie, gdyby nasz Bucefał nie odpalił. Ale odpalił. Tamtej nocy, na śliskich od monsuna serpentynach Phuket, z resztkami Changa w żyłach i pijanym Wisienką za plecami, straciłem jakieś trzy lata życia.

* Plutarch za Pompejuszem Wielkim. Znajdźcie se.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s