Unnskyld, czy tu biją?

Miałem ostatnio okazję, dzięki znajomościom Tomasza Drwala, odwiedzić Oslo Fight Center. To klub, któremu przewodzi Thomas „Moon Lee” Hytten – człowiek, który zaszczepił mieszane sztuki walki na norweskim gruncie. Nie było co prawda żadnego „dojo breaking”, ale przed wciśnięciem się w rashguard SWD machnąłem parę pompek, żeby łapa spuchła. Chciałem, żeby rzucili na mnie wszystko, co mają, bo jak poważne może być MMA w kraju, w którym zakazane są knockouty? Ilu ludzi może być ode mnie lepszych w nacji liczącej ledwie pięć milionów?

Nie miałem pojęcia, jaki błąd popełniam.

Po bardzo ciepłym przywitaniu kazano mi się rozgrzać, a gdy mój przewodnik, Szymon Szynkiewicz (nawet nie podejrzewacie, jak wielu Polaków spotkałem w tym jednym klubie), okazał się być moim głównym sparring partnerem, zrobiło się gorąco. 105kg, kilka walk zawodowych na koncie i zamiłowanie do leg locków zrobiło swoje – klaskałem jak u Rubika. Mimo to, myślę, pewnie wyjątek, zresztą Polak, więc co się dziwisz? Moje przegrywanie robiło się już nudne, ale że akurat ćwiczyła grupa początkująca, nie chciałem nikogo skrzywdzić. Dostałem zaproszenie na następny dzień, do grupy zawodniczej.

Na początku nie mogłem ich znaleźć, bo trenują w osobnej salce. Przywitali mnie równie ciepło, czyli poddaniem. I tak już właściwie było do końca (jakby co, mam zapasy pokory do sprzedania), kiedy to Szymon zaproponował mi rękawiczki. Przezornie poczekałem na pokaz tubylców i muszę powiedzieć, że jeśli nokauty są w tym kraju zabronione, to widziałem dziś kilka poważnych prób popełnienia przestępstwa. Po tym, co zobaczyłem, jakoś tak mi się odechciało sparringów uderzanych. Na zakończenie dostałem więc trzy mataleo pod rząd i przeszliśmy na kanapę, żeby pogadać.

Okazało się, że KO Law, wprowadzone w 1981 rok, rzeczywiście zabrania wszelkich sportów, których celem jest pozbawienie przeciwnika przytomności poprzez uderzenia w głowę. Profesjonalny boks zakazany jest zupełnie, a w boskie amatorskim oficjalnie nikt nie dąży do knockoutu. Zdarzają się one, owszem, ale tak jakby niechcący. Zawodnik uderzający wygrywa co prawda walkę, jednak jest to oficjalnie potępiane i wszyscy starają się, żeby się nie powtórzyło. Wszyscy im wierzą. Co ciekawe, oficjalnie w Norwegii odbyła się jedna walka w pełnej formule MMA. Była to część wystawy artystycznej No Más, a walczyli w niej Kjetil Kausland i Martin Wojcik (sic!).

Brak knockoutów na zawodach nie zmienia też sposobu, w jaki chłopaki trenują i po tym, co tu widziałem, sądzę, że na zawodach wewnętrznych czy nawet na zwykłych sparringach często wyłącza się tu film. Poza tym na arenie MMA występuje dość ścisła współpraca międzynarodowa – mnóstwo zawodników jeździ do Szwecji, a jaki tam jest poziom, wiadomo. Niszowość tego sportu (w mediach wciąż można usłyszeć, że ten brutalny sport nazywa się UFC) wcale nie zmniejsza jego poziomu a wręcz przeciwnie – nadaje mu charakteru hardcorowo-undergroundowego. Nawet jeśli treningi nie są w piwnicy, ale na pięterku.

Gościłem u chłopaków z OFC dwa dni (póki co) i już muszę się znajomym tłumaczyć z podbitego oka. Nabytego, co ciekawe, w trakcie grapplingu. Nie poddałem nikogo, sam zostałem poddany jakieś trzydzieści razy. Jedyne co mnie pociesza to fakt, że żaden z poddających nie był rodowitym Norwegiem – walczyłem m.in. z Polakiem, Litwinem i Chilijczykiem. Dlatego Norwegia vs. Michał wciąż 0:0. I tak pewnie zostanie aż do walki z Joachimem Hansenem, Gjermundem Larsenem czy Thomasem Hyttenem.

Ha det bra!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s