…to było życie – się piło, się jadło – to se ne vrati, chociaż tymczasem pojechać i przypomnieć sobie stare dobre czasy…

To już dwa tygodnie i powoli się otrzęsam. Fizycznie, bo psychicznie to jeszcze długa droga przede mną. I otrzęsanie to też pewnie nie najlepsze słowo, gdyż sentyment pozostał jak do pochodów u stoczniowców. Powiedzieć bowiem należy, bez fałszywej skromności, żeśmy, jako Polacy, przejęli imprezę. Od samego początku, do samego końca – piosenka „Ogórek” jako klamra spinająca. Kwestię oficjalnego powitania przez władze i organizatorów pomijam, bośmy wtedy parkowali samochód, a na miejsce przybyliśmy dwie godziny później. I to właśnie od wtedy datuje się niniejszą historię.

Na początku było słowo, a słowo było „ogórek”. I nasze było to słowo. Zaczęło się od prezentacji krajów, a że ekpia polska była najliczniejsza, poszliśmy na pierwszy ogień. Było to jeden z tych przypadków, gdy support przebija wystąpienia późniejsze albo, ściślej mówiąc, main event ustawia się na początku karty wieczoru. Zaprezentowaliśmy Polskę poprzez Kowalskiego, pingwina z Madagaskaru, Tinkie Winkie jako transwestytę zdemaskowanego przez polskich polityków, Krosno jako stolicę kufli świata, Sanok sławny z sąsiedztwa z Krosnem, wódkę, polskie kobiety, polskiego hydraulika eksportowego, bigos i flaki,  krzywy poniemiecki las oraz Szczepanika jako wynalazcę pancernej karocy chroniącej króla Alfonsa XIII. Na uroki Jasła i Głowienki jakośtak zabrakło jednak czasu, gdyż limit był 10 minutowy. Gwoździem programu została piosenka „Ogórek” w wersji zautochtonizowanej:

Pepino, pepino, pepino,
verde es su vestido
sandalias y sombrero
verde es pepino entero.

Samo tłumaczenie narodziło się kiedyś w naszym kurniku przy Barei, by Miguel Menendez Mendez mógł zrozumieć falliczne konteksty polskiej kultury dziecięcej. W Candelarii, gdzieśmy na czas szkolenia zamieszkali, menele wciąż nucą tę piosenkę, nawet mimo wyraźnego braku rodzajników.

Na jej popularności zaważył niewątpliwie fakt, iż była ona hymnem wzycięskiego zespołu „Pepinos”, który w konkursie wiedzy o kulturze hiszpańskiej rozgromił przeciwników rozkładając się na li jednym tylko, i to wrednie podstepnym pytaniu. Że w zespole byłem ja, to sprawa jasna, ale oddać należy także hołd Teo, Konradowi, a także Elisie i Nagi, które co prawda nie mówiły za bardzo po hiszpańsku, ale jako cheerleaderki sprawdzały sie lepiej niż wyśmienicie. Nawet jak siedziały cicho.

Wspomnieć Wam być może należy o warunkach, w których przyszło nam mieszkać. Hotel zwał się Pu..ta del Rey*, albowiem ktoś celowo wygasił literkę N. Żarcie było tak dobre, że co wieczór planowałem na podobieństwo adwentowego świniaka obeżreć się lodami w polewie karmelowej i wyszło mi to jeno dwa razy. Bo zwykle tak się napychałem żeberkami i kurczakiem, że miejsca brakowało. Złożeczyłem im tylko za to, że kawę podawali wyłącznie do śniadania. A potrzebowałem jej w ilościach przemysłowych. Raz, że po każdym posiłku w żyłach płynęła mi czysta insulina, dwa, że snu nigdy nie miałem pod dostatkiem. Nie, żebym narzekał na łóżko. Wierzcie lub nie, ale byłem jedynym, który miał osobny pokój. I plwajcie w twarz każdemu, kto złośliwie twierdzi, iż to dlatego, że nikt by ze mną nie wytrzymał, że chrapię itd. Ja wciąż powtarzam sobie i światu, że to z szacunku.

Wieczorami organizowaliśmy sobie rozmaite gry i zabawy intelektualno-zapoznawcze. Zbliżają się Święta, a że w znajomości kolęd nikt nigdy nie wyszedł poza drugą zwrotkę i trochę tak głuio, gdy przy stole zapada cisza, wytłumaczę Wam dwie wspaniałe gry. Pierwsza, bardzo prosta, to „Rzymskie Numerki”, w której odlicza się po kolei używając, zgodnie z nazwą, systemu starożytnych Rzymian. Sztuka w tym, by zamiast I używać orgazmicznego „a!”, zamiast V – „O Boże” i zamiast X – „Dochodzę!”. Do L nie doszliśmy, ale wierzę, że coś wymyślicie. Wieczorami siadywaliśmy więc sobie w kółeczku przy hotelowym basenie i np. osiemnasta osoba krzyczyała w noc „Dochodzę, o Boże, a, a, a!”. Na szczęście grały z nami także dziewczęta.

Skoro poznaliście już intelektualną stronę naszych zabaw (nie uwierzycie, ilu ludzi potrafi się wyłożyć na poprawnie wyartykułowanym orgazmie), przejdźmy do strony zapoznawczej. Była nią gra „Nigdy w życiu”. Zgodnie z jej zasadami każdy powinien wyposażyć się w kubeczek z jakąś płynną, konsumowalną zawartością. Grający po kolei wyznają sobie, czego jeszcze w życiu nie zrobili. Jeżeli ktokolwiek ze zgromadzonych ma już za sobą takie doświadczenie, winien zaznaczyć to poprzez ostentacyjny łyk ze swego kubeczka. Oczywiście można pić colę i opowiadać, że „nigdy w życiu nie wygrałem w domino” tudzież „nie upiekłem ciasta ze śwlikami”. Z niewiadomych jednak powodów nasze kubeczki zawierały dość wypaczone proporcjonalnie cuba libre, a pytania nie tyle ocierały się o seks, co eksploatowały w tym temacie kopalnię odkrywkową. Od nudyzmu na ulicy, poprzez trójkąty i fisting, bo interakcje z udziałem zwierząt. Pozwolicie jednak, że nie wspomnę, kto, kiedy i ile pił.

We środę było klasycznie – „Prawda czy wyzwanie”, ale w autobusie na Teide. Ze swoimi 3718 mnpm. jest to najwyższy szczyt Hiszpanii. Warto jednak nadmienić, że to i tak pikuś w porównaniu z tym, czym była ta górka ongiś. Podobnież parę tysięcy lat temu Teide był wyższy od Everestu, ale pewnego dnia wszystko to wzięło i pierdolnęło w dół. Jak to w Hiszpanii. No i została mniej niźli połowa z dawnej wysokości, ale i tak jest to trzeci co do wielkości wulkan na świecie, licząc od podwodnego podnóża aż do szczytu. Zaszczycić go naszą obecnością się nie udało, ale i tak wjechaliśmy dość wysoko. Dotarliśmy w okolice, gdzie pada dość rzadko, a to z tej prostej przyczyny, że chmury zwykle znajdują się poniżej. Podobnież kręcono tam nawet Gniew Tytanów, w tym legendarną scenę z gigantycznymi skorpionami. A my tam posiedzieli chwilę, obejrzeli zachód słońca w Mordorze, zapakowali się do guaguy i pojechali nazad. Jak można zobaczyć na zdjęciach, wycieczka była urokliwa i atrakcyjna pod względem estetycznym.

Wieczorem obejrzeliśmy „1 franco – 14 pesetas”, dobry film o hiszpańskiej emigracji. Polecam, szczególnie takim osobnikom jak Miguel, Asier i David, jeśli jeszcze nie widzieli. Albowiem historia lubi się powtarzać. Po filmie poszlim nyny i była to jedyna noc na szkoleniu, kiedy spałem więcej niż 5 godzin. Bo ogólnie to były imprezy, dyskoteki, dziewczyny i takie takie. Nie, nie bójcie się, wstydu nie było.Pod koniec szkolenia rozdano nam prezerwatywy i zaproszono na ewaluację styczniową. Istnieje co prawda duże ryzyko, że mnie ona ominie, gdyż mój projekt jest za krótki, ale walczymy z Marco, żebym się pojawił. I z tarczą albo na tarczy!

*Królewska Dziwka

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s