Rýchlo a rovno na Tenerife

Kwestią bezdyskusyjną jest, iż minionego tygodnia w jednej notce zmieścić się nie da, albowiem trwał on jakieś półtora miesiąca. Tym dziwniejsze, że tak szybko zleciał. Zacząć by nam chyba jednak aż od łońskiej soboty. Albo piątku.

W piątek się położyłem kole czwartej. Po czterech godzinach i odwrotnie proporcjonalnej ilości kawy poszedłem na zwyczajową harówę – tym razem były to gry i zabawy na plaży, kajaki, nurkowanie z rurką i z butlą tlenową, czyli ogólnie nudy. Żart. Po wyjściu z wody byłem praktycznie pewien, że kupię sobie butlę. Albo przynajmniej taki pojemniczek doustny z tlenem sprężonym jak w dawnych Bondach. Ile tego pieruństwa się tam pod wodą kryje, to głowa mała – ryby nie ryby, algi nie algi, czasem nie poznasz, zali to zwierz zali bylina. Nawet skały były, kurwa, ciekawe.

Nocy kolejnej też nie spałem, albowiem zerwaliśmy się punkt 5.34 (rano), ażeby zdążyć na autobus do portu. Mimo tytanicznych naszych wysiłków autobus nam spierdolił. Z braku zastępczych środków tranportu typu drezyna wzięliśmy, wybacz Kasiu, taksóweczkę, by dotrzeć na to nasze Kon-Tiki, które o 8.00 odbiło z portu na azymut Teneryfy. Pominąwszy fakt, że widziałem podwójną tęczę, na wietrze można się było kłaść, niekiedy rzucało po pokładzie a wszystkie toalety były zarzygane (nie bez udziału członków naszego szacownego gremium), rejs niezbyt jest wart wspominania.

Po przybyciu do portu zeszliśmy na suchy ląd i odebraliśmy zarezerwowane uprzednio pojazdy. W kwestii ubezpieczenia nieco nam zdeflorowano odbyty i musieliśmy zapłacić praktycznie dwukrotną stawkę, ale za to nasz Renault Kangoo był autobusem w porówaniu z rikszą (VW Polo) teamu #2. Numeracja ta nie jest oczywiście przypadkowa, albowiem to my przecieraliśmy wszystkie szlaki. Głównie dlatego, że mieliśmy lepszego kierowcę (że słi mła), pilota (Tomaszko, ale od Ramona lepszy jest praktycznie każdy), mapę i wszystkich hispanohablantes na pokładzie.

Pierwszy zakręt w lewo przegapiliśmy, więc kilka kilometrów dalej musieliśmy złamać zakaz zawracania. Miasteczko nazywało się jednak San Andres, więc jak ktoś grał w GTA to z pewniością nas rozgrzeszy. Potem znów, zamiast skręcić w lewo, zjechałem w prawo, dzięki czemu odkryliśmy świetny widok na Istkołst wyspy. Niedługo po nas przyjechały jednak dwa auta wypchane Polakami, więc zawróciliśmy czem prędzej w kierunku lasów trzeciorzędowych Las Mercedes. Widok jak z Jurassic Parku – tak nam japy poopadały, żeśmy nawet fotki nie zdążyli pstryknąć. Ale nic to, podobno na La Palmie jest jeszcze fajniej.

Obejrzeliśmy La Lagunę, w której to udało mi się zakupić białe maltizersy. Późnym popołudniem dotarliśmy zaś do Orotavy (polecam choćby wycieczkę przez Goolge Street), miasteczka położonego praktycznie pionowo, z ulicami tak stromymi, że przy parkowaniu, poza biegiem i ręcznym, myślałem, czy by klinów pod koła nie wkładać. A potem było jeszcze stromiej, bo koło 18.00 postanowiliśmy poszukać hostelu. Przebiegły Litwin Gedas znalazł był zawczasu hostel Mamio Verde w małej mieścinie Pino Alto w okolicach Orotavy. Nikt co prawda dokładnej lokacji nie znał, ale o tę mieliśmy wypytać po drodze. Zanim jednak udało nam się kogoś spotkać, Gedas, z nocnej wracając wycieczki, zagubił się wraz z samochodem i towarzyszami. Po krótkiej rozmowie okazało się, że opuścił on nasz ogon, gdy wjechaliśmy pod prąd w uliczkę jednokierunkową. Jego pilot, Ramon, poinformował nas, że nie ma pojęcia gdzie są, nie zna nazwy ulicy, dzielnicy, ani żadnych punktów charakterystycznych, a gdy zaproponowaliśmy spotkanie pod miejscową katedrą, z właściwą sobie beztroską oświadczył, że nie wie jak tam trafić. Wydębiliśmy jednak od niego jakieś detale i po dłuższej debacie przy pobliskim komisariacie udaliśmy się na poszukiwania. Gliniarz tłumaczył nam drogę jakieś 15 minut, ale niewiele z tego zapamiętałem. Na szczęście zapamiętał ją Tomaszko, który co prawda nie znał hiszpańskiego, ale w końcu był pilotem, więc jego zasranym obowiązkiem było zrozumieć i poprowadzić. Gedasa i ekpię znaleźliśmy za trzecim zakrętem, po czym Tomaszko powiódł nas do Pino Alto jakby się tam urodził i codziennie chodził tamtędy po mleko i serwatkę.

Jeśli w Orotavie czułem się, jakbym jeździł po ścianie, to w Pino Alto wjechałem chyba na sufit. Było ciemno, stromo, bez barierek ale za to z malowniczymi zakrętami, z dwukierunkową drogą o szerokości ścieżki dla rowerów. Mieścina była tak mała, że jedyny wyszynk zamykano o 20.00 a kierunki były tylko dwa – w górę i w dół. Ale my i tak przegapiliśmy zjazd, bo na początku wziąłem go za urwisko tudzież pas startowy dla paralotni. Chłopaki zrobiły jednak rekonesans i okazało się, że trafiliśmy. Miejsce było naprawdę wyjątkowe – klimat jak w Ustrzykach, czyli internet jest jescze w wybranych miejscach, ale rano budzi Cię kogut, kaczki i rżenie dwóch siwków. Właściciel na palenisku upiekł nam kurczaka i nieco ryb, dołożył piwa i czekolady z rumem, a ja się cieszyłem jak świnia w gównie.

Rano obudziłem się o 5.30, bo powiedziano mi, że o 6.00 wschodzi słońce. Koło 6.20 ktoś wpadł na pomysł, żeby sprawdzić to w sieci. Okazało się, że to jednak 7.26. O 7.15 obudziłem się po raz kolejny. O 7.20 odczułem silną potrzebę pójścia do toalety. Nie chciałem jednak przegapić słońca – stwierdziłem że wytrzymam. O 7.25 wybiegłem z toalety w strachu, że wszystko mnie ominęło. O 7.45 właściciel hostelu poinformował nas, że, ze względu na masyw wulkanu Teide, słońce pojawia się tam między 10.30 a 11.00. Nie byłem co prawda jedynym niewyspanym, bo dziewczęta miały w pokoju jaszczurkę. Albo gekona. Mimo wszystko trochę mnie to jednak wzburzyło, bo była to już trzecia zarwana z rzędu nocka.

Nic to, pomyślałem jednak – wyśpię się w hotelu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s