Pat i Kot – przyjaciele od lat

Najlepsi goście cieszą dwa razy – raz jak przyjeżdżają i raz jak wyjeżdżają. W zeszły weekend odwiedziły mnie Misiak z Patrycją i gdyby ktoś w czasie ich pobytu zaoferował mi kokainę za przystepną cenę, wciągałbym jak mrówkojad. Głównie tośmy się wozili, ale samo zdobycie samochodu to była przygoda. Miałem bowiem odebrać dziewczęta z lotniska o 15.00. Auto miałem na 12.00, o tejże godzinie wyszedłem z zakładu, coby je odebrać. Okazało się, że gdzieś tam jest remont dróg, przeto #20 – jedyna guagua, która jeździ do punktu wynajmu, nie zatrzymuje się na tym przystanku, na którym stałem przez 20 minut. Na miejscu byłem tedy o 13.00 i ostro przelizałem klamkę, bo siesta trwała już od pół godziny. Do 16.30. Ale spoko, miałem przecież dwie godziny.

Pół spędziłem czekając na autobus. Kwadrans idąc na najbliższą pętlę, bo guagua #20 nie przyjeżdżała. Minęła mnie dopiero, jak dochodziłem do pętli, skąd wziąłem #1. Wróciłem ze stacji, bo nie mieli bankomatu. Z bankomatu pojechałem #13 na drugą stację, ale jakaś młoda matka przez 15 minut przyczepiała wózek pasami. A kierowca czekał. Na lotnisko się spóźniłem, ale na szczęście dziewczęta były cierpliwe. Gdy odebraliśmy limuzynę, myślałem, że już pójdzie z górki. Ale wieczorem poszliśmy na imprezę, która skończyła się koło 3.00. Dla mnie, bo dziewczęta do 5.00 topiły cudze telefony w oceanie*.

Gdym do nich rankiem zaszedł, przywitało mnie serdeczne „Co Ty tu kurwa robisz?”. Gdy wróciłem po 1,5h, dziewczęta były już prawie gotowe. Jeszcze się tylko ubrały, uczesały, umyły, umalowały i uprasowały ubrania. Trasa prosta – Agaete (żeby północ poznały), kawka i Maspalomas. Po wyjechaniu na autostradę zasnął Misiak, Patrycja zaś zwiotczała przy Telde. Dotarłem jednak bezbłędnie i bez pilota, zaparkowawszy samochód jedyne 5km od wydm. A że wydmy też są niewąskie (jest filmik ze sturlania), po dotarciu na plażę rypnęliśmy się w pierwszym lepszym miejscu i nie ruszyliśmy dup mimo mnogości 65-letnich niemieckich nudystów wokół nas.

Wytrzymaliśmy jakieś 3 godziny, po czym ruszyliśmy do Puerto de Mogan – po szamę. Dziewczęta były bogate w pieniądze, więc stawiały. W takim wypadku postanowilismy zjeść we włoskiej restauracji z widokiem na morze. Byłby też i zachód słońca, ale jakiś frajer bez klasy postawił był willę w strategicznym punkcie, psując nam pejzaż. Ryba była tak wyszukana, że przygotowywano ją ze 40 minut, a tak smaczna, że opierdoliliśmy ją w minutę osiem. Nie powiem, żebyśmy się najedli, ale tak to już jest z nouvelle cuisine.

Miałem jeszcze w planach pokazać im Roque Nublo, ale się ściemniło, a nie chciałem po tych zakrętach po ciemku jechać. I tak pojechaliśmy nazad do LPGC. Dziewczętom nie dane było chyba poznać drogi z Maspalomas, bo obie spały aż miło. Raz tylko Patrycja przebudziła się w celu włączenia po omacku świateł awaryjnych (bo coś piszczało). Byliśmy tak padnięci, że pojechaliśmy do Arucas na imprezę („ale maks 2.00 wracamy”). Położyłem się kole 4.00, a w tym czasie dziewczęta ogrzewały spaghetti, by nabrać sił do dalszej zabawy.

Rano (he he he) wybraliśmy się na Roque Nublo. Ja się z domu bez śniadania nie ruszam, ale moje dwie białogłowy postanowiły zjeść po drodze. Fakt, że była niedziela i jechaliśmy w takie trochę odludzie, jakoś nam umknął. Przemierzając drogi zbyt wąskie dla rowerów z taką pewną nieśmiałością szukaliśmy czegokolwiek, co byłoby otwarte. Dopiero po indagacji autochtonów odnaleźliśmy spożywczak, w którym zrobiono nam kanapki z chorizo de teror. Najedliśmy się, mgła opadła, zaczęły się widoczki i nawet zdjęcia wyszły nieliche. Na Roque Nublo świeciło słońce, zadając kłam powszechnej opinii, iż tam piździ. W drodze powrotnej Patrycja postanowiła troszkę siąść za kółkiem (oficjalna wersja jest taka, że jej tego po prostu brakowało, a ja wcale nie prowadzę tak beznadziejnie, jak się wydaje), a ja miałem pilotować. I wtedy GPS zgubił sygnał. Pierwszy raz zawróciliśmy po 5km. Potem jechaliśmy twardo, pojęcia nie mając gdzie. Patrycja umie jeździć bardzo dobrze, ale ma problem z uchwyceniem koncepcji jazdy spokojnej. Po 30 minutach, gdy zatrzymaliśmy się, by zrobić zdjęcia, wdychałem górskie powietrze aż do bólu przepony. Po kolejnych paru zakrętach Misiak zapięła pasy, a ja przestałem ustawiać GPSa, bo jakoś tak mi się w głowie kręciło. Potem znów się zgubilismy (tak naprawdę to nie było ‚znów’, ale ‚wciąż’ – wcześniej po prostu nie było gdzie skręcać), więc postanowiliśmy zapytać. Wytłumaczono nam drogę całkiem klarownie, ale i tak skręciliśmy nie tak do końca poprawnie. Udało się dopiero za trzecią razą.

Na lotnisko znów prowadziła Patrycja i bardzo się cieszyłem, że autostrady są zazwyczaj proste. Wyjechaliśmy bowiem spóźnieni, a przybyliśmy mocno przed czasem. I dobrze, gdyż dzięki temu mieliśmy czas na rzewne pożegnania. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że dziewczęta mocno się zżyły z naszą małą społecznością EVSów i wciąż z rozrzewnieniem wspominamy ich wizytę.

Dzieci nie śpią tak dobrze, jak ja z niedzieli na poniedziałek.

*nie zadawajcie pytań

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s