Królowe życia i szef

Macierz moją najwyraźniej wszelkie moje utyskiwania dosięgły, gdyż mi siostrę moją rodzoną przysłała, coby mi i czas umilić, i zajęcie znaleźć. Przybyły samotrzeć: z Moniką i Marią Peszek (postać usilnie pragnąca pozostać incognito). Długie wojaże wespół odbylim i przygód też było co niemiara, o czem Wam tu pokrótce napisać chciałem. Zaczęło się spokojnie, od katedry, placyków, fontann i muzeów. Oglądnęliśmy srające papugi w Domu Kolumba i szkielety Guanczów w Muzeum Kanaryjskim. Gdy jednak w poniedziałek zapadła ćma, odziani w biel i udalim się w okolice Teatru Guayadeque, gdzie zaczynała się Fiesta de los Indianos*. Sama tradycja ciągnie się od XVIII w., kiedy to powracający z Ameryki Południowej emigranci przywozili dobra wszelakie, na których zrobili fortunę. Zabawa polega na tym, by obsypywać się nawzajem talkiem (ciężko powiedzieć, czy symbolizować ma to mąkę, czy kokainę), a jak się już wszyscy porządnie obsypią, chlać i tańczyć do rana. Jakbyście się kiedyś wybierali, to mam dwie rady: 1) Jak bierzecie kubki do picia, to takie z pokrywką i słomką, jak w McDonaldzie; 2) Nie gubcie się nawzajem, bo się nie znajdziecie. Jak wyjmiecie telefon, to będziecie go tydzień czyścić, muzyka i tak was zagłuszy, a po stroju nie da się rozpoznać nikogo. Po twarzy zresztą też. Ja sam niewiele piłem, do rana też nie zostałem, bo następnego dnia wybieraliśmy się na wycieczkę tak pełną emocji, że połowę mógłbym sprzedać. Za bezcen. Będąc młodzieńcem zapobiegliwym i zorganizowanym, zarezewowałem byłem wcześniej karocę. Sprawy nieco się jednak pokomplikowały, gdym w czasie karnawału zostawił portfel w taksówce, wraz z dowodem moim własnym osobistym, prawem jazdy kategorii A i B, kartami tak kredytowymi jak i debetowymi, karnetem na siłownię i biletem 10-krotnego użytku do Arucas. Niecom się wtedy na siebie samego pogniewał, ale niewiele poradzić można było. Firma co prawda samochód nam wydzieliła (azali nie jest się klientem stałym?), z obostrzeniem jednak takim, że bez prawa jazdy prowadzić nie powinienem. Ale ja bywam przekorny… Jeździłem zatem przez trzy dni z duszą na ramieniu. Tym bardziej, iż pierwszego wieczoru odkryłem, że prawe światło mijania funkcjonowało nieco wadliwie, albowiem nie zapalało się wcale. Przy krętych i wąskich drogach Gran Canarii, na których używanie świateł długich przypomina ręczną symulację stroboskopu, brak nadmnienionego światła drastycznie zwiększa szanse na potrącenie pieszego, toteż motyw dla zatrzymania był poważny. Lekko mi się zatem spięły mięsnie Kegla, gdym, jadąc do Arucas, wpakował się zaraz za radiowóz. Wystarczyłoby im spojrzeć we wsteczne i nie być w humorze, by udupić mnie dokumentnie. Po kilometrze, który kosztował mnie dwie wiosny życia, udało im się mnie zgubić. Wróciła mi zatem werwa i wraz z Elisą (kiedyś opowiem Wam historię Elisy), zaczęliśmy sobie żartować na całego. Aż zatrzymała nas Guardia Civil. Chłopaki owe to coś pomiędzy policją a wojskiem, więc niby drogówki nie odwalają, ale jakby się im zachciało, mogą poprosić o prawko, dowód, książeczkę Sanepidu i paszport Polsatu. Ręce mi za kółkiem drżały nieletko i mosznę miałem nieco poniżej obojczyka, a tymczasem światło latarki leniwie omiatało wnętrze pojazdu. Nigdy, przenigdy jeszcze żadne „Gracias” nie brzmiało mi tak słodko. Po dojechaniu walnąłem nieco czystej, dla spokojności. Wcześniej jednak nawinęliśmy na opony sporawą wstęgę szos. Dnia pierwszego wypadło nam na Roque Nublo*. Nazwa, jak nigdy, okazała się brzemienna w skutki, toteż pół drogi spędziliśmy w chmurach, pędząc nieco na oślep po górskich ścieżynach z drewnianymi barierkami. Maria Peszek zabawiała nas swym utyskiwaniem, toteż nudno nie było. A potem wjechaliśmy na punkt widokowy, gdzie ktoś, niczem drukarską gilotyną, chmury wziął był upierdolił. No na pół. Stoisz i spoko, robisz krok i jesteś w chmurze. Nim jeszcze dojechaliśmy do celu, Marysia ze trzy razy zażądała wykopania dla siebie mogiły. Bo tak pięknie było. Zdjęć Roque Nublo mam od groma, toteż se spójrzcie, a ja tylko nadmienię, iż się Elisie przy wspinaczce podarły spodnie w rejonach strategicznych. I trochę wiało. Dnia następnego wiało jeszcze bardziej – na wydmach złapała nas pustynna burza, odhaczyliśmy też zwyczajowe tornado piaskowe średniej wielkości. Jako że osobiście znudzony byłem widokiem starych niemieckich nudystów, a wszystkie dziewczęta miały już wpisy z anatomii, tę część partyzantki sobie darowaliśmy. Po odegraniu kluczowych scen ze Stasiem, Nel i wielbłądem, pozostało nam tylko wyruszyć tam, gdzie nawet mnie jeszcze nie było – na zachód. Po Moganie, gdzie główna ulica przypomina suchodolską Debrzę (jak parkujesz, to na biegu, z ręcznym, klinem pdo kołami i miękką acz soldiną ciężarówką z tyłu), czekała na nas La Aldea de San Nicolas. Bycie największą metropolią w okolicy nie zmienia faktu, iż jest to zwyczajna pipidówa, do której w nagłych przypadkach helikopter leci dwie godziny, a z której kiedyś jechało się trzy dni na ośle do Las Palmas. Największą atrakcją jest tam skrzyżowanie z drogą podporządkowaną, więc zdjęć za bardzo nikomu się nie chciało robić. Szał fotograficzny ogarnął dopiero Marię Peszek, gdyśmy dotarli na wybrzeże. Bo widoki są tam takie, że i mnie się czasem zapominało skręcić, przy czym pilot mi na szczęście przypominał. W ten sposób przybylimy doma cało i zdrowo. Wieczorem na plaży zagraliśmy w grę o zwierzętach, po czym ja udałem się do siebie by cichutko zemrzeć w pościeli, a dziewczęta wyszły na ulice z pieśnią na ustach. Jeszcze miesiąc. Równy. *Święto Indian *Zachmurzona Skała

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s