Hit the road, Jack

Znacie Wy moje utyskiwania, że trudno jest pisać, jak się nic nie dzieje. Naiwne to trochę, bo jak się dzieje, to przecież jeszcze trudniej. Cudem jakimś trafiła mi się jednak sobota niepracująca.

Bo ostatnio coraz częściej mamy soboty pracujące. Harówa okrutna, co zresztą widać na zdjęciach. Zaczęło się 20 października, kiedy to, wybudziwszy się z lekkim kacem z nocy piątkowej pomknęliśmy na miejsce zbiórki pod Świetlistą Fontannę (nie świeci, bo jest kryzys). Powitano nas, po półgodzinnych próbach nauczenia się naszych imion okrzyknięto nas standardowo „los polacos” i zapakowano do autokaru. I tak wyjechaliśmy w góry oglądać gwiazdy. Gran Canaria określana jest powszechnie jako „kontynent w miniaturze”, bo zróżnicowanie temperatur jest dość spore. Ostrzegano nas przed nocnym zimnem wysoko w górach, ale myśląc, że tu zimno oznacza powszechnie temperaturę poniżej 20 stopni, wziąłem li jeno lekuchną bluzę. Było to błędem, chociaż w Ustrzykach w lipcu bywało gorzej. Com się wytrząsł, tom się wytrząsł, ale zawsze teraz będzie można rwać na Kasjopeę, oba Wozy, konstelacje Delfina i Strzały, nie mówiąc już o możliwych analogiach do Trójkąta Letniego. No i mam zdjęcie z czterokilogramowym kawałkiem skały wartym jakieś 13 tys. złotych.

Tydzień później też przyszło nam odrabiać pańszczyznę. Razem z dziesiątką innych skazańców, opiekunem i instruktorami pojechaliśmy się spuszczać w potoku. Ubrano nas w gustowne gumo-pianki, założono kaski, chomąta na lędźwia i wysłano do ścieku. Zabawa była przednia, albowiem ściek nieuchronnie spadał w dół, w ośmiu przypadkach dość gwałtownie. Wtedy też podczepaliśmy sobie linkę do krocza i spuszczaliśmy się na wyprzódki. Dwa razy obyło się bez linki i jechaliśmy po prostu na dupie. Najbardziej potłukł się oczywiście nasz opiekun, najmniej nasza instruktorka, bo miała taką osłonę z namalowaną zieloną żabką. Bardzo pro. Szkoda, że nam za to jeszcze nie płacą, ale przynajmniej mamy potem dni wolne do odebrania.

No i tu wchodzi wątek główny. Bo jakby ktoś nie wiedział, to ja jestem na urlopie półrocznym. Ale tutaj to ja oczywiście cieżko haruję (patrz wyżej) i dlatego też mam prawo do urlopu w trakcie tego urlopu. I w ten piątek właśnie wziąłem sobie takie wolne do kwadratu. Albowiem wybraliśmy się na wyprawę.

Wyprawa, jako sprawa poważna, była oczywiście zapowiadana i rozważana z wielkim wyprzedzeniem. Tak gdzieś od dwóch tygodni. A ze zaczęliśmy temat dość wcześnie, jakoś tak nam wpadło w zwyczaj stwierdzać, że przecież jest jeszcze czas i że się załatwi. W poniedziałek, trzy dni przed wyjazdem, zapytałem zatem o konkrety i okazało się, że nie mamy żadnego planu, środka transportu, śpiworków, namiotów, ani pozwolenia na ich rozbicie.

Pozwolenie to temat osobny, ale w skrócie sprawa wygląda tak: jest na wyspię jakieś 15 stref kempingowych i tylko w ich granicach można sobie rozbić namiot. Za darmo, o ile ma się pozwolenie. Istnieje opcja rozbicia namiotu bez pozwolenia, ale w przypadku wykrycia tego przez odpowiednie służby cena wzrasta znacząco i dotyczy tylko tej części nocy sprzed momentu wykrycia. Bo potem trzeba wypierdalać.

W poniedziałek spotkaliśmy się organizacyjnie, we wtorek dostałem pozwolenie, we środę dostaliśmy śpiworki i namioty. Jako że był długi weekend, wszystko co miało 4 koła zostało wcześniej zarezerwowane, ale na szczęście znaleźliśmy dwa ostatnie demony prędkości w mieście. Ja siadłem za kółkiem granatowej Yaris, Mirko poprowadził srebrne Clio, silniki około 1.0, 1.1 maks. Yaris oczywiście od razu została przejęta przez Polaków, zaś reszta europejskiego tałatajstwa upchnęła się w Clio. My wzięliśmy sobie tylko dla towarzystwa Nagi – ładniutką Turczynkę. Na pierwszym przystanku Nagi zmieniła samochód. Jechał przed nami Javier – pilot, bez którego chyba nigdy nie trafilibyśmy na miejsce. Mirka pilotowała bowiem Lucia, która cały czas machała zdjęcia (większość zdjęć z tej wycieczki przeze mnie wrzuconych jest właśnie jej autorstwa), a mój pilot Tomek otworzył browara zaraz po wyjechaniu z miasta. Plan był taki, żeby przyjechać na miejsce koło południa, rozbić się i wyjść w góry. Ale że mnie się troszeczkę zaspało, a Javi po drodze robił przystanki na każdym punkcie widokowym, dotarliśmy do celu koło 18.00. I trafiliśmy na blokujący wjazd łańcuch. Pokątnie dowiedzieliśmy się, że z powodu żółtego alertu odwołano wszelkie pozolenia na rozbicie się. W mieście to było 25 stopni, lekki wiatr i czasem coś pokropiło, ale w górach na drogach leżała kora zdarta z drzew przez wiatr i ulewy. No, ale oficjalnie to my niczego nie wiedzieliśmy, zresztą jakby co, to my przecież jesteśmy guiris de mierda, nie mówimy po hiszpańsku, a po angielsku gorzej, niż tutejsza policja (choć to raczej trudne). Więc koło 19.00 otworzyliśmy pierwszą butelkę, po drugiej zaczęło się ściemniać, więc zmontowaliśmy reflektor z latarki i butelki fanty, gdzieś po trzeciej butelce ktoś rozbił pierwszy namiot, koło piątej ktoś wbił śledzie. Do rozbicia drugiego namiotu nie dotrwałem, bo jako kierowca nie mogłem za wiele pić. Z braku śpiworków poszliśmy z Konradem spać do auta, gdzie przez większość nocy walczyliśmy z komarami i dusliśmy się przy zamkniętych szybach. Szlag mnie trafił, gdym rano zobaczył ich wszystkich rześkich, uśmiechniętych (jakie komary?) i wyspanych. I to ja miałem ich wozić.

A wożenie było nie lada wyzwaniem. Co prawda najpierw wskoczyliśmy na Roque Nublo (to ten taki większy kamyk ze zdjęć), więc specjalnie się nie nakręciłem tym kółkiem, ale zaraz potem wyjechaliśmy drogą z La Presa de las Ninas do Mogan. Takiej drogi jeszcze nie widziałem. Żadnych odcinków prostych, curva na curvie i curvą pogania, cały czas nad urwiskiem, często bez barierek, bo na tych zakrętach co dłuższe pojazdy by się przy barierkach nie wyrobiły. Na większości zakrętów nie wiadomo, co jedzie z drugiej strony, więc Mirko zawsze trąbił, żeby dać znać, że to my. A ja za nim, bez trąbienia, licząc, że skoro on przejechał… Było emocjonująco, widoki przy tym niesamowite, ale jakoś tak z ulgą wjechałem na mniej krętą część trasy.

Brudni, spoceni i nie najlepiej pachnący skierowaliśmy się w stronę oceanu, co by się okąpać. Po drodze zatrzymaliśmy się w Puerto de Mogan, albowiem polecono nam tutejszą Małą Wenecję. Nie wiem, czy po prostu mi się spieszyło, czy po prostu kilka mostów przerzuconych nad brudnym kanałem w żaden sposób nie może przypominać Wenecji. Wrażenie za to ogromne zrobiły na mnie wydmy w Maspalomas. Powiedziałbym, że czułem się jak na Saharze, gdybym kiedykolwiek był na Saharze. Jest coś imponującego w tym, że stoi się między wydmami i dookoła tylko piasek. Oczywiście sturlałem się jak trzeba.

W drodze powrotnej zgubiliśmy się trzy razy, raz zaś wymusiłem pierwszeństwo. Po powrocie Mirko wytłumaczył mi, jak włączyć światła drogowe, bo przez dwa dni jeździłem na postojowych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s