five percent pleasure, fifty percent pain and a hundred percent reason to remember the name

Chciałem zacząć, że spadł śnieg i przyszły Święta. Ale spadła tylko temperatura, do około 18 stopni. Sople lodu to tu oni robią elektryczne i wieszają na drzewach, a płatki śniegu mamy na metr szerokie, ale wszystkiego cztery i z plastiku. Więc Święta musieliśmy sobie zrobić od zera. Z buraków.

Bo ja pichcić owszem, lubię, ale jakoś tak sobie nie wyobrażałem, jak się robi barszcz bez koncentratu. A tu znaleźć można wodorosty do sushi, sosy sojowe jasne, ciemne i z gradientem, nijak jednak koncentratu na barszcz nie najdziesz. Prosiłem Wisienkę, coby mi w proszku przywiózł z ojczyzny łona, ale skrewił. Tymże sposobem zakupiliśmy tuzin buraków, warzywa na bulion i przyprawy w ruskiem. Przepisu nie zdradzę, bo to teraz sekret mój tajemny, ale dodam, że jakby Wam po ugotowaniu smaku to wszystko nie miało żadnego, to nie lękajcie się. Też żem życie całe myślał, że barszcz czerwony smakuje burakami, a to kłam jest i potwarz. Nie udało mi się z nic osiągnąć tej nostalgicznej nuty, pókim, za radą rodzicielki, nie dodał soku z cytryny, cukru i pieprzu. I wtedy dopiero dotarłem tak blisko doskonałości, jak to tylko możliwe bez glutaminianu sodu. Potem dodałem jeszcze trochę pieprzu tylko po to, by odkryć, że nie bez kozery słowo „spieprzyć” ma taki właśnie rdzeń. Ale i tak mnie duma rozparła.

Inna sprawa, że jak taki drugi Michał zrobił kapustę z fasolą i farsz do pierogów, to też mnie rozparło. Na jakieś cztery doby – tak się nażarłem tym dobreńkim.

Wigilia tradycyjnie była bezmięsna i bezalkoholowa, ale po uczciwym losowaniu prezentów przypadła mi zgrzewka 24 puszek piwa. Nie otworzyłem. Próbowaliśmy grać na trzeźwo w owoce – grze w której ktoś bije Cię dmuchaną pałą po głowie tylko dlatego, że nazywasz się kokos. Nie otworzyłem. Potem jakoś tak towarzystwo zamilkło i po kątach zaczęliśmy przebąkiwać, że jednak fajnie, jak Ci rodzina przy stole zrzędzi, te same żarty słyszysz po raz setny, a wszyscy fałszują przy kolędach. Wytrzymałem do północy. Po pierwszej puszce postanowiłem dołączyć do nocnej pielgrzymki po klubach, ale nikt chyba nie był do końca przekonany, bo do skryjówki wróciliśmy po minucie osiem. Niedługo potem udałem się w kimę.

Nowy Rok był z kolei zupełnie inną historią. Plany były nie do końca sprecyzowane i zapowiadało się to na katastrofę lub Sylwester z Jedynką (choć tu byśmy i Ibiszem nie wzgardzili), ale koniec końców skorzystaliśmy z zaproszenia na taras do takiego polsko-włoskiego miksu Erasmusów. Impreza odpaliła od kopa – świetna miejscówka, a i na muzykę w żadnym wypadku nie można było narzekać, bo didżejem byłem ja. Mirko, taki Słowak, chciał pić wódkę, a gdy usłyszał, że jestem z Polski, klamka zapadła. Szybko się jednak wykręciłem. O 23.00 przywitaliśmy Nowy Rok w Polsce. Niedługo potem wyszliśmy, bo mieliśmy o 24.00 być na Plaza de la Musica. Ja wiem, że w Hiszpanii to brzmi jak bluźnierstwo, ale kilmat był jak u Schultza. Zgubiliśmy się, choć w sumie dokładnie wiedziałem, gdzie jestem. Miałem nawet zawczasu przygotowane winogrona, by tradycyjnie wciąć 12, gdy zegar zacznie bić, ale po pierwsze, nie było zegara, a po drugie Tomaszko zaczął rozrzucać te kiście dookoła krzycząc „winogrona dla wszystkich!”. Komuniści.

Gdy dotarliśmy na plac, udałem się w stronę morza w celu ulżenia sobie na duszy. Fala zalała mnie po pas. Przez chwilę jeszcze bawiłem się w klubie (selekcja jest w stanie wpuścić kolesia zalanego po pas morską wodą, gdyż nie nosi on odzieży sportowej i ma suchą koszulę). Jak już nieco przeschnąłem, udaliśmy się po cydr i kąpielówki, po czym godnie przywitałem 2013 kąpielą w oceanie z butelką cydru (spróbuję kiedyś zapodać foteczki). Butelki jakoś tak skończyć nie mogłem, bo za każdym razem, gdy zalewała mnie fala, poziom cieczy się uzupełniał, a smak pogarszał. Wynurzyłem się więc z morskiej piany i poszedłem do biura, gdziem zasnął snem siedmiu braci śpiących.

Tydzień temu wróciłem do bicia ludzi. Taki przynajmniej jest cel, bo na razie chodzę cały obolały. Trenuje nas głównie Trota, 140kg zawodnik lucha canaria, więc liczę na poprawę obaleń. Generalnie ćwiczę 2x w tygodniu, po 3 godziny (po godzinie mma, kickboxingu i bjj). Na początku uczyli mnie, co to jest balacha, trójkąt itp., ale się nie skarżyłem, bo była okazja do ćwiczenia podstaw. Potem miałem długą serię sparringów z brązowym pasem bjj (drugi koleś się wycofał). Zostałem poddany jakieś 20 razy, a facet się nawet nie zdyszał. Powiedział jednak, że widać, że już kiedyś się w to bawiłem i na następnym treningu dostałem do pary dziewczynę z niebieskim pasem. Trochę mnie poprawiała, ale jak kazali nam walczyć, to ona pierwsza padła. Źle więc nie jest, tym bardziej, że często trenujemy w klatce.

Jaram się.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s