el avión se cae, se cae, se cae, se cae el avión…

Obciąć by mi se mały palec w ramach przeprosin, ale jakem jeno doleciał i zobaczył to ówczesne przedwiośnie, z automatu zabarykadowałem się przed kompem na jakieś dwa tygodnie. I putym się nie ruszał sprzed monitora, póki mój Wiedźmin nie zaszlachtował wszystkich ghuli i utopców. Potem trakty nieco obeschły, a ja ruszyłem szukać penthouse’u w Krakowie. Wiszę Wam jeszcze tylko sprawozdanie z powrotu, bo przysięgałem pisać relację do końca. Mojego lub jej.

Loty to zawsze jest zabawa, szczególnie jak lecę sam. Człowiek się wtedy rozluźnia, bo nie musi nikogo niańczyć, a potem się dzieją kolorowe jarmarki. Tym razem zaczęło się miesiąc wcześniej, bo i wtedy byłem zapytałem moją organizację koordynującą o możliwości ewentualnego powrotu do Polski. Był to dramat epistolarny w trzech osobach:

(osoby: ja i Kris)
Ja: Bardzo mi tu miło, ale wracać by.
Kris: …
J: Macie może dla mnie jakiś bilet?
K: …
– To jak będzie z tym biletem?
– A sam se poszukać nie możesz? My byśmy Ci kupili.
– To może ten?
– A ile kosztuje?
– 154 euro.
….(dwa tygodnie później)
– Kupicie mi go?
– A ile kosztuje?
– No, 154 euro.
– A to może se kup, my byśmy Ci oddali.
– Ja oczywiście i jak najbardziej wierzę, że byście mi oddali, ale akurat nie mam dostępu do konta.
– …
– To jak, kupicie mi ten bilet?
– A ile kosztuje?
– 154 euro.
– …
(tydzień do wylotu)
– Wiecie, trochę się niepokoję. Kupicie mi ten bilet?
– A ile kosztuje?
– 154 euro.
– Napisz do Ester, żeby Ci kupiła.
(antrakt, na kawę idźcie, czy coś)\
(koniec atraktu, osoby: ja i Ester)
Ja: Ester, tu mi Kris pisze, żebyś mi ten bilet kupiła.
Ester: A ile kosztuje?
Ja: 154 euro.
Ester: Ale ja nie mam żadnych pieniędzy. Napiszę do Kris.
Kris: …
Ester (na stronie): Kris nie odpowiada.
Ja: To napisz do niej na telefon, ja chciałbym do domu wrócić.
Ester: Kris, jesteś?
Kris: Jestem.
Ester: Możemy kupić Michałowi ten bilet?
Kris: A ile kosztuje?
Ester: 154 euro.
Kris: Ja tu nie mogę zrobić przelewu, bo jestem na pustyni.
Ja: To może coś wykombinujesz?
Kris: …
27 marca, dzień przed odlotem
Ester: Mam kasę na koncie, masz tu kartę, kup sobie ten bilet na jutro (6:00 rano).
Ja: Na jutro to ja nawet spakować się nie zdążę. Jest jeden bilet na 30, do Rzeszowa.
Ester: To teraz się rozmyślasz, w ostatniej chwili? Czekaj, zapytam Kris… Kris, możemy kupić ten bilet na 30?
Kris: A ile kosztuje?
Ja: W dupie mam, ile kosztuje, chcę lecieć do domu. Ale na Wasze szczęście jest tańszy.
Kris: To kupuj.

Potem strona internetowa przewoźnika nie zaakceptowała karty. Kolejna też nie. Trzecia zaakceptowała. Dnia następnego odwołali lot bez możliwości zwrotu pieniędzy. 29 marca kupiłem wreszcie kartą Mirka (któremu niniejszym chciałbym podziękować za uratowanie mi pośladów i któremu Kris jeszcze nie zwróciła kasy) lot na 30 marca.

31 przybyłem koło 1:00 do Bostonu. Będąc obywatelem świata obeznanym z konceptem stref czasowych, zsynchronizowałem zegarek z czasem lokalnym, ustawiłem alarm na 4:00 (check-in) i przeprowadziłem zwycięską kampanię Gelu vs Lucyfer. O 3:00 ze zdziwieniem skonstatowałem, że check-in jakby się rozpoczął. No, ale to na pewno nie mój, bo mój był na 4:00. Po godzinie wyłączyłem alarm i po kwadransie wahania (nie będziemy się przecież spieszyć) ustawiłem się w sznureczku. Spojrzeniem pełnym zdumionej pogardy spojrzałem na typa, który z biletem do Rzeszowa przedzierał się do stanowiska. Znieść nie mogąc takiej impertynencji mówię mu:
– Panie, ja też do Rzeszowa, mamy godzinę dziesięć do zamknięcia bramek.
– To chyba Pan innym lecisz, bo mi zamykają za dziesięć minut właśnie.

Duma mnie ogarnęła, że musi region nasz wybijać się na świecie, skoro co godzinę statki powietrzne posyłają. Keeping calm and faking the British accent flegmatycznie podszedłem do biurka.

– Dzień dobry, zafakturuje mi Pani ten plecak?
– Dzień dobry, proszę nalepkę, ale plecak Pan musi zanieść na to drugie stanowisko niestety.
– Nie szkodzi, czas mam.
– A Pan nie do Rzeszowa?
– Do Rzeszowa, ale dopiero tym o 6:00.
– To niech się Pan pospieszy, za pięć minut bramki zamykają. Zmiana czasu była o 2:00, Pan wie?

Trochę mnie to ruszyło.

Na kontroli bagażu flegmatyczny Hindus najpierw długo rozmawiał z kolegą. Potem cofnął mi bagaż za niezafoliowany płyn do soczewek. Cztery razy Atlantyk przeskakiwałem bez folii, a teraz mi mówią, że tak nie wolno. Potem zafoliował jeszcze pudełko z soczewkami, dezodorant i pastę do zębów. A dwa tygodnie wcześniej Elisa wsiadła była na pokład z litrowym sokiem. Bo jej się zapomniało. Dotarłem do bramek kwadrans po planowanym zamknięciu. Odsapnąłem, poczekałem jeszcze chwilę i ustawiłem się w kolejce do bramki. Rodzina za mną zorientowała się, że nie ma kart pokładowych… Po kolejnym kwadransie siedzieliśmy już w samolocie, rodzina bez kart też.

A po trzech godzinach pilot oświadczył, że zamiast w Rzeszowie będziemy lądować w Warszawie. Bo chmury na podkarpaciu nieładne i zamiast o 9.50 będziemy lądować o 10.30. W stolicy. I prawdopodobnie dojedziemy do Rzeszowa transportem kołowym.

Śniadanie wielkanocne zjadłem o 20.00.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s