Coś być musi, do cholery, za zakrętem…

Jako że w poprzednim odcinku zajmowałem się głownie zarywaniem nocek a zmiennika nie było, na dobry start machnąłem dwie szklanice ożywczej lury (torebka herbaty na dwa litry wody). Dziewczyny czule pożegnały się z końmi i wyryszliśmy. Jeszcze przed samym wyjazdem, żeby naprawdę niczego nie zapomnieć, zrobiłem szybki ogląd pokoju i przegląd dobytku, ale hostel i tak wzbogacił się o moje słuchawki.

Wjechaliśmy na autostradę, zjechaliśmy z niej, zawróciliśmy, znaleźliśmy ten właściwy wjazd i pomknęliśmy w prawidłowym już kierunku – na Garachico. W trosce o bezpieczeństwo pasażerów zamówiłem tam podwójną kawę, a że troskliwy jestem ponad miarę, wciągnąłem jeszcze 2 café con leche, których nikt nie chciał. Safety first, jak to mówią Rosjanie, więc nietolerancja laktozy musiała zejść na plan dalszy.

Przejeżdzaliśmy przez Garachico głównie dlatego, że tak nam było po drodze, jednak zatrzymaliśmy się tam z powodów zupełnie niezależnych. Schodząca do oceanu lawa wulkaniczna utworzyła tutaj baseny, których Sanepid by co prawda nie zaatestował, niemniej jednak jako atrakcja turystyczna spradzają się one całkiem nieźle. Miejscami wygląda to jak ślunskie hałdy zalane wodą, biorąc jednak pod uwagę fale, które rozbijają się o chodnik, na którym stoisz, zalewają Ci wszystkie ubrania, portfel i telefon, jest to miejsce pełne uroku i zapewniające niebanalną rozrywkę, która pozostaje w pamięci co najmniej do następnego prania. W Garachico znalazłem też ś.p. Staszka – zrzuconą krabią skorupę, która dość przekonywująco imitowała samego kraba. Skorupa bardzo przypadła do gustu Sandrze, któa z uciechy piszczała prawie tak, jak w przypadku jaszczurki. Albo gekona.

Następnym przystankiem po Garachico była Punta del Teno, miejsce tak piękne jak i emocjonujące. Był to dla mnie osobiście najlepszy punkt wycieczki i to nie tylko dlatego, że złamaliśmy wtedy najwięcej zakazów. W Buenavista del Norte jest bowiem takie rondo, z którego jeden ze zjazdów kończy się po chwili zakazem wjazdu. Nie jest to bynajmniej znak bezsensowny, albowiem droga za znakiem usiana jest żwirem, kamyczkami, kamykami i głazami sugerującymi, że w trakcie Twojego przejazdu coś jeszcze spaść może. Nie bardzośmy się tym jednak przejęli, stwierdzając, że „te głazy to na pewno spadają jak wieje i pada, a teraz jest spokojnie”. I wio. Okazało się, że nie byliśmy jedyni, choć dokonałem ciekawej obserwacji – większość obecnych tam samochodów była, tak jak nasze, wynajęta.

Widok był imponujący – Los Gigantes z lewej, z prawej ocean, a pośrodku nasz cypelek. Widok psuła mi tylko brama, która blokowała dostęp do końca cypelka. Za bramą widać było latarnię i ścieżkę na najbardziej wysunięty na zachód tarasik wyspy. A wiadomo, że jak coś jest najbardziej… Zresztą jak ktoś robi bramę, którą da się przy odrobinie wysiłku obejść bokiem, to to nie jest zakaz, tylko selekcja. Wyselekcjonowaliśmy się we czwórkę – Lucia, Michał, Ramon i moja nieskromna osoba. Zdjęcia już pewnie widzieliście – pocztówkowe z latarnią, tradycyjne i wszystkie najbardziej.

W drodze powrotnej zaczęło wiać i padać. Nie bardzośmy się tym jednak przejęli, stwierdzając, że „auto jest ekstra ubezpieczone, a jak nas zabije to jest AXA”. I wio. Na wszelki przypadek Tomaszko nagrywał drogę powrotną, żeby było widać, jak giniemy. Nic z tego niestety nie wyszło i cało i zdrowo dojechaliśmy do Masci. Masca do niedawna była podobnież mocno odizolowana od świata i ja w to wierzę. Po pierwsze, w 2000 roku żyło tam 129 mieszkańców, a od tego czasu ubyło ich 10. Po drugie, leży na takim zadupiu, za takimi curevskimi zakrętami (te żarty eksploatuje się do końca), że legendy o rzekomej kryjówce piratów kupiłem z miejsca.

Po demokratycznym głosowaniu, w którym większości było wszystko jedno a Ci, którzy chcieli zostać, z grzeczności proponowali wyjazd, opuściliśmy Mascę. Takimi zakrętami to ja nie jeździłem nawet w Gran Canarii, a że było pod górkę, jechaliśmy głównie na jedynce. Raz wrzuciłem trójkę i mało nie zpechnąłem z urwiska auta z naprzeciwka. Potem jakoś wyszliśmy na prostą i poszło z górki, na samo południe, z dwoma tylko przystankami – w Santiago del Teide, sam nie wiem po co, i w Guia de Isora, żeby wciąć wałówkę.

Na południu znaleźlismy pole namiotowe pod Czerwoną Górą. Weszliśmy na nią, zeszliśmy, zgubiliśmy się w nocy na pustynio-stepie, porozdzielaliśmy się, poopowiadaliśmy sobie historie o Blair Witch Project oraz Wzgórza Mają Oczy i wróciliśmy do obozu. Później, lekko wstawieni, przeprowadziliśmy zażartą dyskusję polityczną o inwazji islamskiej w Europie i poszliśmy nyny.

Dnia następnego pojechaliśmy do Candelarii na szkolenie.

Wtedy się zaczęło.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s