Achuj z Wiśnią

Odwiedził mnie ostatnio Wiśnia, w celu odbycia rozmowy o życiu i takich tam. Tylko mu się wyspy nieco pomyliły i musiałem wziąć łódkę na Fuerteventurę. Wyspa odludna jak mało która – chyba tylko Wolin ma mniejszą populację. Przybyłem do Morro Jable (jak chłopaki celnie zauważyli, brzmi to jak ciężkie złorzeczenie) kole południa i wynająwszy lazurową Pandę udałem się na poszukiwania Wisienki i Mateusza (którego wcześniej nie znałem, ale swój chłop – robi w Procuremencie). Jako że nabyłem byłem sporego doświadczenia w prowadzeniu po nieznanych mi zupełnie krainach, a i na wyspie ciężko się zgubić, raz tylko zboczyłem nieco. Po drodze wziąłem lokalnego autostopowicza, primo – by spłacić długi dawnych lat, secundo – jako GPS.

Chłopaki witali mnie rzewnie i długo, bo im się telefony ładowały. A potem przez pół wyspy pojechalim nazad na pustynię, by, jak Jezus i prorocy, medytować i kontemplować zagadki istnienia. Bo czas to manna.

Zaczęliśmy od południowego końca wyspy – Faro de Jandía*, gdzie o mało nie zginąłem. Ale po kolei. Po pobieżnej wizycie przy latarni, pojechaliśmy na takie odludzie, że jechałem obok drogi, bo asfalt był kompletnie nieprzejezdny. Minęliśmy ostatniego pastucha i pojechaliśmy jeszcze dalej. Jak już Wiśnia zaczął krzyczeć „caballero*” do baranów, postanowiłem zawrócić i poszukać miejsca na nocleg. Jako Polacy cywilizowani, postanowiliśmy się wykąpać przed kolacją. A trzeba wam wiedzieć, że w okolicy Faro de Jandía spotykają się conajmniej dwa prądy morskie, głównie po to, żeby topić ludzi. Nasze wybrzeże było nieco skaliste, tak więc postanowiłem wypłynąć odrobinkę dalej. Skorzystałem przy tym z fali, która zniosła mnie w stronę oceanu. A potem z drugiej. Gdy znosiła mnie trzecia, po lewej zauważyłem ostatnią skałę, na której mógłbym wyhamować. Nie zdążyłem się złapać. Krzyknąłem tradycyjne „kurwa!”, by wyrazić zaskoczenie, strach, a jednocześnie poprosić o pomoc (której, jak potem przyznał Wiśnia, i tak by mi nie udzielono). Dookoła miałem wodę, a do plaży o własnych siłach nie mogłem dopłynąć. Zanim jednak czwarta fala wróciła od plaży, musiała najpierw do niej dopłynąć. Rzuciłem się więc na niej w stronę tej najbardziej wysuniętej skały i uczepiłem się niczem Odys. Wiecie, w Odysei. Uratowawszy się od pewnej śmierci, zjadłem kolację, otworzyłem butelkę i rozbiłem namiot. Po krótkiej posiadówce i dyskusjach o życiu poszliśmy spać.

Drugiego dnia spróbowaliśmy zginąć wszyscy razem. Pojechaliśmy bowiem do Cofete, gdzie kończy się droga. Dupa totalna, gdzie psy szczekałyby dupami, gdyby było ich więcej. Wołosate to przy tym metropolia. Chcieliśmy zdobyć Pico de la Zarza – szczyt wyspy o 807 mnpm. Niby pikuś, ale można się zdyszeć, gdy wchodzi się od zera. I gdy nie ma ścieżki. Bo na szczyt możnaby wjechać i autem, ale od Morro Jable – z Cofete żaden szlak nie wiedzie. Zeszliśmy więc ze szlaku i zaczęliśmy wspinać się po wulkanicznych skałach, które tak fajnie się pod człowiekiem kruszą. Szedłem pierwszy, więc miałem to gdzieś, ale przy zejściu Wiśnia mi kopnął taki kamień, żeby mi łeb urwało, gdyby nie refleks z Mortal Kombat. W dolinie spotakliśmy tylko kozy, w tym jedną martwą, z czaszką nabitą na gałąź. Czaszkę wziałem jako artefakt. Byliśmy doprawdy przekonani, że kolejny szczyt był tym właściwym. Ale nie był, a skończyła nam się woda, siły i ochota. Chłopaki zaczęły marzyć o szejku. Ja je pijam dość rzadko, ale wtedy bym nie pogardził. W połowie zejścia znaleźliśmy kolejną czaszkę. Nogi nam się już trzęsły i ze dwa razy się potknąłem, kilka razy osunąłem lub poślizgnąłem. A spad był ostry. Do doliny wróciliśmy wykończeni, a zostało nam jeszcze przejście przez dwa grzbiety i droga do Cofete. Żeby śliny nie tracić po próżnicy, gadaliśmy tylko rzeczach ważnych, wspominając najlepsze gry, w jakie gralismy, i dyskutując, który zamek w HoM&M3 jest najsłabszy*.

Za sprawą niewiarygodnego cudu w Cofete istnieje bar. Co prawda przed wejściem stoi oślica z osiołkiem i obwąchuje klientów, ale i tak wydał mi się on oazą na pustyni. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek piwo wchodziło mi tak dobrze. Na pewno nie w Hiszpanii.

Noc spędziliśmy na Playa de Jandia. Byłem tak wykończony wycieczką, że tinto de verano rozcieńczałem wodą, żeby mnie nie zabiło. Dodatkowo walczyłem z komarami, które nawiedziły nas, gdy w namiocie, przy latarce, debatowaliśmy o życiu. Materac, na którym spałem, był dziurawy, a mimo spania na piasku wcale nie było tak miękko. Rano natomiast obudziłem się na najlepszej plaży, jaką w życiu widziałem. Czyściutka woda, łagodne fale, piasek jakby bronami przejechał, po kilkuset metrach w stronę oceanu woda dochodziła do pasa, a słońce tylko poprawiało sytuację. Wyjechaliśmy więc nieco później. Map mieliśmy dwie, jedną bezużyteczną, drugą trochę gorszą, ale do Betancurii trafiliśmy bez pudła. Na drugie śniadanie wziąłem queso maxorero* i dowiedziałem się, że ten taki słodki owoc na środku był w rzeczywistości marmoladą z cebuli.

Naszym kolejnym celem był Ajui*, głównie ze względu na nazwę, ale także z powodu jaskiń, któren nam zachwalano. I rację mieli, bo jaskinie w Achuju w połączeniu z tamtejszym oceanem robią robotę poważną. Zdjęcia są, to co ja Wam będę mówił. Dodam tylko, że nielicho uderzyłem się tam w głowę, ale nie liczyłbym tego jako otarcie się o śmierć.

Stamtąd pojechaliśmy do Corralejo, które w nocy wygląda jak Las Vegas, więcej słyszy się angielskiego niż hiszpańskiego (akcent głównie brytyjski), a Hindusi mówią po polsku. Miejsca na nocleg tam jednak nie znaleźliśmy, więc udaliśmy się na dzikie plaże Cotillo. Są tam słone jeziorka tworzone przez przypływ i nieopodal jednego z nich zanocowaliśmy. W nocy zamigotał mi policyjny kogut, ale albo odpuścili, albo mi się śniło.

Dnia następnego oddawaliśmy auto, więc trzeba było się gdzieś osiedlić. Teoretycznie było poza sezonem, teoretycznie wszyscy w Święta powinni siedzieć na dupie i cieszyć się rodziną. W praktyce w całym mieście nie było wolnego hostelu. Koniec końców poszliśmy do Bristol Playa Hotel i wybuliliśmy za apartament. Z łóżkiem, prądem, prysznicem i kuchenką, żeby się nażreć i wyspać jak biali ludzie. Pierwotny plan zakładał co prawda wizytę na Lanzarote, ale jak tylko położyłem się na odkształcalnej powierzchni łóżka, wszystko wzięło w łeb.

Wieczorem była jeszcze impreza, ale zupełnie niewarta wzmianki.

Dnia następnego byłem doma.

*Latarnia Jandii
*kawalerze!
*gówno prawda, Wiśnia – płaszcz udało mi się złożyć dopiero po 6 miesiącach.
*taki ser lokalny
*czyt. Achuj.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s