มวยฝรั่ง czyli muay farang

Po submission w Norwegii, gdzie w maju pada śnieg, gęstość zaludnienia wyosi 13os/km2 a knockouty są nielegalne, postanowiłem spróbować stójki w Tajlandii, gdzie upał powala, gęstość zaludnienia jest dziesięciokrotnie większa, a knockouty to właściwie tradycja narodowa. W Oslo pasa nie zdobyłem, ale w Bangkoku liczyłem na przewagę zasięgu moich chudych łap. Nie wiedziałem jeszcze, że, by wygrać walkę, trzeba najpierw do niej dożyć.

Pierwszym przeciwnikiem okazał się być kurczak curry. Jeśli tajska kucharka mówi Ci, że coś może być dla Ciebie za ostre, to nie oponuj. Jest za ostre i koniec. Kapsaicyna najlepiej rozpuszcza się w alkoholu, ale akurat szedłem na trening, więc pozostało tylko modlić się, żeby za bardzo nie bili w korpus.

W Tajlandii klubów muay thai jest chyba więcej niż boisk w Polsce. Odniosłem jednak wrażenie, że w miejscowościach turystycznych, jak np. Patong, treningi dla farangów (nieco pogardliwe określenie białego obcokrajowca) traktowane są z przymrużeniem oka. O tym, żeby potraktowano mnie jak Taja, nawet nie marzyłem, ale chciałem przynajmniej zobaczyć, jak oni to robią na serio. Za radą Mariusza Cieślińskiego wybrałem Jitty Gym w Bangkoku.

Po pierwsze – poziom, bo naprawdę trenują tam mistrzowie i właściwie roi się od zawodowców. Gadałem już długą chwilę z napotkanym tam Rosjaninem, który nagle przeprosił mnie i powiedział, że za godzinę ma walkę na gali i musi jechać. Tak po prostu. Po drugie – w Jitty Gim przyzwyczaili się już do białych – spotkałem Kanadyjczyka, który siedział w Tajlandii ponad 20 lat. Właściwie co chwila migały mi jakieś blade twarze, a gdy wspomniany wcześniej Rosjanin zagaił znienacka „Jesteś za Wisłą Kraków, czy nie?”, poczułem się zupełnie jak w Polsce. Ale od początku.

Po wejściu i krótkim zapoznaniu się boss rzucił tylko „grzej się”. Przy 30 stopniach i sporej wilgotności byłem mokry zanim zdjąłem buty, ale nie szło się wymigać. Pół godziny rozgrzewki w takich warunkach sprawiło, że chwiałem się już w momencie, gdy wiązano mi owijki. W międzyczasie udało mi się bliżej przedstawić cel przyjazdu, ale boss wciąż traktował mnie z lekką rezerwą. Do czasu, aż pokazałem mu zdjęcie Mariusza. Dostałem wtedy osobistego trenera.

Który mnie zabił. Po dwóch miutach tarczowania przelałem się między linami ringu w poszukiwaniu wody. Piłem powoli, próbując odzyskać oddech, a ten mały diabeł tylko się uśmiechał i odliczał czas. W drugiej rundzie próbowałem bić jeszcze luźniej, jeszcze spokojniej. Pod koniec i tak ręce mi opadały, ale przeżyłem. W trzeciej trener wprowadził kopnięcia. Odpadłem, ale na szczęście miałem zmiennika.

W czasie, gdy Kamil kopał, pogadałem sobie z lokalnymi farangami. Niektórzy siedzieli tu latami, inni przyjeżdżali na miesięczny obóz. Dowiedziałem się, że za ok 2500 PLN można mieć zakwaterowanie i dwa trzygodzinne treningi dziennie. Przy bajecznie niskich cenach żarcia wychodzi bardzo tanio jak na miesiąc piekła. Coś takiego musi dawać niesamowitą wydolność i po przyjeździe do Polski nawet zepsuta klima w lipcu nie będzie Cię ruszać. Gdy ze mnie dosłownie się lało, Tajowie z maty obok nawet nie nie pocili. No, ale oni trenowali od małego. Bo pięcioletnie brzdące, które plątały się dookoła, też powoli zaczynały wkładać spodenki i, podpatrując starszych, wyprowadzać ciosy i kopnięcia. Jeden z nich nawet stanął naprzeciw mnie w pozie walki i wymieniliśmy kilka sierpów i roundhouse’ów. Było też całkiem sporo trenujących dziewcząt, ale jakoś nie rwały się ani do walki, ani do rozmowy. Może to ze względu na obraz rozpaczy i wycieńczenia, jaki sobą przedstawiałem. Plusem było, że nie musiałem się dogrzewać by trzymać temperaturę, więc gdy Kamil dał sobie spokój, wróciłem na ring. Na sparring.

Trener był ode mnie 20 cm niższy, 20 kg lżejszy i 20 lat starszy. Teoretycznie powinienem był przejść przez niego jak kapusta przez niską babę. On bił na jakieś 5%, ja tyle, ile fabryka dała, czyli wychodziło mniej więcej po równo. Trochę irytowało mnie, że tak się ze mną cacka, więc zebrałem siły i przypuściłem ostry szturm. Nawet nie kontratakował, tylko wyłapał wszyskie pięć ciosów, które zadałem przed utratą pary. A potem cierpliwie nauczył mnie, że tak naprawdę nie chcę, żeby przestał sie ze mną cackać. Jakoś dotrwałem do końca i byłem nawet z siebie zadowolony. Przetrwałem. Głównie dlatego, że nikt nie chciał zrobić mi krzywdy, ale przetrwałem. Podziękowałem wszystkim, wymieniliśmy kontakty i pożegnaliśmy się.

Niesiony poczuciem niezniszczalności zjadłem po treningu suszoną żabę. Na masę.

To właśnie wtedy Tajlandia mnie pokonała.

Reklamy

One thought on “มวยฝรั่ง czyli muay farang

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s