What happened in Guate, stays in Guate.

Jest niedziela, 16.00. Od soboty rano miałem tylko kilka krótkich drzemek w samolocie, na siedząco, więc właściwie nie spałem. A sen to jedyne skuteczne lekarstwo na kaca po tanim gwatemalskim rumie. Jedyne, bo dwa razy w samolocie próbowałem klinowania – bez skutku. Tryptyk to forma tym ładniejsza, iż bardzo się bałem, że skończy się na jednej notce. Ale i tryptyk szlag trafił, bo pora na podsumowanie. Różne miałem wyobrażenia na temat tego kraju. Obok Miguelowych statystycznych 10 zabitych dziennie, wojen gangów, paranoi i chaosu wyobrażałem sobie też ostre słońce, gorące, wilgotne powietrze, grube imprezy do rana, ogólną radość i manianę. I niby wszystkiego było po trochu, ale zupełnie inaczej, niż zakładałem.

Tak wyglądał początek pisanego po pierwszym wyjeździe niedokończonego podsumowania, które to zarzuciłem z racji zmęczenia, kaca, niewyspania i ogólnego upośledzenia cielesno-intelektualnego. Tymczasowego, jak się łudzę. Nigdy go nie dokończyłem, gdyż po powrocie trzeba było zachwycać się Polską – czasu nie było. I dobrze – epilogi, po którym następują sequele, brzmią jak pożegnanie jąkały. Tak sobie pomyślałem, gdy okazało się, że trzeba będzie tam wracać. Z drugiej strony – co może zaskoczyć mnie – eksperta ds. Ameryki Środkowej, który spędził już tam miesiąc? Dlatego jechałem tam zblazowany jak człowiek, który opierdolił już swoją beczkę soli i proporcjonalne ilości limonki i tequili. Ale i w tej kwestii czekały mnie niespodzianki.

Notatki z poprzedniego wyjazdu były nieregularne dlatego, że po spisaniu wrażeń początkowych nie było już za bardzo czego raportkować. Półleżąc w hotelu na szezlongu nudziłem się jak wykastrowany Bonifacy. Czekałem na wydarzenia niczym Nosowska na muchę, no bo w końcu był to wyjazd na antypody, przygoda życia, a może i śmierci. I nic – posucha jak u 12-latka ze stulejką.

Jadąc tym razem byłem więc przygotowany na nudę – wziąłem drążek, zakupiłem skakankę, nawet szczękę przywiozłem, bo mi ostatnio brakowało przy sparringu. Ogólne nastawienie było takie, żeby zrobić robotę, odebrać dietę, dobrze się wyspać i nie dać się zabić. Martwiłem się tylko, o czym będę pisał, skoro mene, tekel, fares.

Po raz kolejny potwierdziło się jednak, że karmiczną zasadę miej wyjebane, a będzie Ci dane należy wypisywać kokainą na plecach młodych dziewcząt. Nie będę się wdawał w szczegóły, bo po pierwsze, nie wypada, a po drugie, po dwóch tygodniach puszczania się i konsumowania niekoniecznie zdrowych substancji nie za bardzo to wszystko pamiętam. Ale co pamiętam, tego nie zapomnę.

Nie zapomnę na przykład, jak dwóch Chilijczyków wmówiło nam (mnie i Miguelowi), że tequilę pije się na końcu, po soli i cytrynie. Poszliśmy na to, bo byliśmy już po wiadrze piwa. I to nie jest metafora – w Gwatemali najpopularniejszą metodą serwowania browarów jest blaszane wiadro wypełnione lodem i 5-8 butelkami. Jak kiedyś będę miał bar, też tak będę robił. Bo nie ma tak, żepiwko, dwa piwka i basta – pijesz do końca pierwszego wiadra, a po pierwszym wcale nie tak trudno zamówić drugie. Tak się robi detaliczną sprzedaż hurtową. Ale wróćmy do tequili – zapewniali nas, że tylko tak pija się tequilę w Meksyku. Spróbowaliśmy i była to chyba najsmaczniejsza tequila, jaką w życiu piłem. Podejrzewam jednak, że tak dobra tequila smakowałaby mi nawet wcierana w powieki (jakbyście kiedyś mieli okazję, to polecam – Patron Reposado, choć najpierw spróbujcie ustami). Bo sama metoda to trochę ściema – po szeroko zakrojonych badaniach niezależnych i odległych źródeł mogę stwierdzić, że w Meksyku tequilę pija się na wszystkie sposoby. Najlepszym, jaki mi zrecenzowano, jest oczywiście wypijanie bani spomiędzy jędrnych piersi jurnych dziewcząt, ale traci wtedy na znaczeniu fakt, czy jest to tequila, czy nie. Lekko zaskoczyło mnie, że tradycyjnie bierze się taki kieliszek (tzw. konik – caballito) na trzy, cztery łyczki, zapijane sangrią (taki sok pomidorowy, nie mylić z lekkim, słodkim winem z owocami) zamiast walić shota na raz. Picie na raz uznawane jest bowiem za brak dobrego smaku i oczywistą chęć szybkiego najebania się (z drugiej strony, nie słyszałem w trakcie mojego krótkiego żywota o innym celu spożywania tequili).

Inna sprawa, że jest niedziela, 20.00. Od soboty rano miałem tylko kilka krótkich drzemek w samolocie, na siedząco, więc właściwie nie spałem. A sen to jedyne skuteczne lekarstwo na kaca po wiadrze Gallo. No, kac to może zbyt duże słowo, ale obiecuję sobie, że jak następnym razem sobie obiecam, że nie będę pił przed taką podróżą, to nie skończy się tylko na obiecywaniu. Obiecuję także, że znajdę w tym całym zachwycaniu się Polską trochę czasu na relację z czegoś bardziej przyzwoitego, niż najebka tequilą. Mam dwa tygodnie. Jak się nie uda – następna relacja z Kanarów.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s