w tygodniu to jesteśmy szarzy jak ten dym

Korzystając z okazji, że znów jestem w pracy, a ostatni raz coś do roboty miałem kole zeszłej środy, postanowiłem z nudów skrobnąć Wam, Szanowni Czytelnicy, słów kilka i zaktualizować informacje.

W kwestii surfingu sprawa jest prosta, bo i aktualizować wiele nie trzeba. Nadmienić tylko chciałem, iż pół życia się byłem zastanawiałem, czemu zwykła woda jest nazywana słodką. I na ostatnim kursie się przestałem zastanawiać, albowiem po godzinie opijania się solanką oceaniczną zwykły prysznic smakował mi jak Muszynianka po treningu.

Jeszcze tego samego dnia poszliśmy na balety. A właściwie pojechaliśmy. W skrócie drałowaliśmy jakieś 4 kilometry do placu, gdzie miały być cztery kluby pełne gorących kobiet. Okazało się, że jeden był pusty, dwa zamknięte, a w czwartym odbywał się koncert  black’n’heavy death metalu. Opcja powrotnej taksówki została przegłosowana przez aklamację po około 68 sekundach. Wróciliśmy do 3×1, jakieś 150 metrów od mieszkania. To taka knajpa założona przez włoskich eks-erasmusów, gdzie guiri de mierda* próbują wyrwać cokolwiek na swoją egzotykę, ale raczej im się nie udaje, bo tam wszyscy są egzotyczni z racji bycia guiri de mierda. W okolicach klubu stoją zwykle ze trzy radiowozy a przed drzwiami ogromny Murzyn, który głosem Xerxesa z 300 ucisza stojących w kolejce.

Tej nocy także było dość sympatycznie, a przynajmniej do czasu, aż stojący z nami Izraelita nie zaczął się drzeć na całą ulicę: ¡Franciiisco! pozdrawiając przejeżdżającego obok policjanta. Policjant założył czapkę, wysiadł i opierdolił nas z góry na dół. Cofnęło mnie tak, że aż wpadłem na jednego z funkcjonariuszy, którzy nas otoczyli (a było tego ze trzy radiowozy). Francisco zagroził nam wszystkim mandatem za zakłócanie ciszy nocnej, wysłuchał przeprosin, opierdolił raz jeszcze, życzył dobrej nocy i pożegnał się.

Policja odwiedziła też nasz ośrodek, ale to ze względu na nocujących tam grajków. W zeszłym bowiem tygodniu gościliśmy jakąś średniowieczną grupę folklorystyczną. Na podstawie ilości widocznych na mieście pijanych trubadurów w pończochach i żupanach, grających na ukulele, było ich tak między tysionc pińcet dwa dziwińcet a w chuj i trzy. Nawieźli też oni epickie ilości alkoholu do ośrodka, gdzie ostatnio doradzono mi nie obnosić się z Red Bullem*. Pod koniec jednej z ich posiadówek w pokojach ktoś zawezwał policję, ale akurat nas wtedy nie było, bo o 10.00 rano to my siedzimy w pracy.

Poza tym tydzień upłynął raczej typowo – poniedziałek klatka i biceps, środa plecy i triceps, piątek nogi i barki. Mieliśmy tylko jedną przygodę z guaguą*. Ja wiem, że się nieco powtarzam, ale guaguas tutaj to osobna historia. Mówiłem Wam już, że kierowcy są uprzejmi? I bogom dzięki, bo jakby nie oni, to już w ogóle byłoby przejebane (oczywiście zawsze trafi się taki, który, zamiast na przystanku, zatrzyma się na pobliskim przejściu dle pieszych i zamknie drzwi zaraz po pierwszej osobie, która zdąży dobiec). To jest chaos w postaci czystej.

Weźmy taką linię 25, która to wcale wyjątkowa nie jest. Odjeżdża ona sobie z przystanku Alameda de Colón, ale głównie w weekend. W dni powszednie tylko rano i wieczorem. Jeszcze nie odkryłem, skąd wyjeżdża popołudniami. Załóżmy jednak, że trafimy na tę linię. Łatwe to nie jest, bo na przystanku nie ma rozkładu i być nie może. Albowiem nigdzie powiedziane nie jest, że o tej i o tej godzinie guagua 25 ma się na tym przystanku pojawić. Przy wejściu na stronę główną guaguas.com otrzymasz informację, że w godzinach 6.05 – 22.15 guagua 25 powinna odjeżdżać ze stacji początkowej co około 5-10 minut. Mniej więcej. Ale załóżmy, że dwóm Polakom uda się na taką guaguę trafić. I że odważą się wsiąść. Ponieważ przystanki nie maja nazw (tzn. na rokładzie w sieci mają, czasem nawet dwie nazwy, ale na samym przystanku nie figuruje żadna), Polacy tacy nie będą mieli zielonego pojęcia, gdzie wysiąść, a nawet, jak się zapytają kogoś, to identyfikacja przystanku na podstawie nazwy graniczyć będzie z cudem. Tak więc dopiero po wyjechaniu z miasta zorientowaliśmy się, że przegapiliśmy nasz przystanek. Postanowiliśmy wysiąść na następnym. Minęliśmy rondo, dwie estakady i jakąś wioskę. Po pierwszej serpentynie i drugiej wiosce zacząłem wypatrywać grzechotników i Highway 69th. Wyjechawszy z Wielkiego Kanionu trafiliśmy jednak na Kampus Uniwersytecki. Mieliśmy szczęście, że przystanek w drugą stronę był zaraz obok. Bo normalnie wcale tak łatwo nie jest – trasa guaguy w jedną stronę pokrywa się z trasą powrotną tylko wtedy, gdy już naprawdę nie ma wyjścia. Jeslibyście zatem mieli pecha przy wysiadaniu, znajdziecie się na przystanku, gdzie następny autobus jest za pół godziny, ale stronę powrotną nie pojedzie nic nigdy.

Na szczęście wróciliśmy bez większych problemów i po około godzinie znaleźliśmy się jakieś 1,5 km od przystanku, na którym wsiedliśmy.

Do domu wróciliśmy na nogach.

————————————————————

* hiszpańskie określenie obcokrajowców, stosowane także w przypadku, gdy Hiszpanie są za granicą. Niektórzy Hiszpanie nawet na Rynku w Krakowie potrafią trącić kumpla mówiąc: ¡Patrz ilu guiri!

* taki zagraniczny Tajger.

* żaden szanujący się Kanaryjczyk, niezależnie od miejsca i czasu, nie użyje słowa autobus.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s