Trabajar como un negro para dormir como un blanco.

„Wstałem dziś, tak jak zwykle, o 5.30. // jeszcze szaro za oknami, dymy snują się po mieście”

Niniejsza relacja pisana jest w niejakiej malignie. Tak naprawdę wstałem przed 5.00 po naprawdę obfitym weekendzie. Podsumowawszy tak straty pieniężne jak i sił nadwątlenie stwierdziłem, że czas na kolejną relację. W razie, gdybym tu umarł z głodu lub wycieńczenia, żeby przynajmniej było do pary. Kusi i nagli zacząć od weekendu, ale niech się tam mama dowie, jak się tak ogólnie synkowi żyje na obczyźnie.

Wstaję około 5.30 (co drugi dzień godzinę wcześniej – siłownia – w końcu na biceps lecą wszędzie), ale śniadania są tego warte (poniżej zdjęcia). Później normalka – 11 godzin w pracy. Lekko cieszy fakt, że jest w tym godzina przerwy na obiad, negocjowalna jak wszystko (raz dociągnęliśmy do dwóch i pół). Potem hotel, z rzadka zakupy, lekka kolacja (frijole to zło), siusiu, paciorek, kota wygnać i spać. Staram się chadzać o 21.00 najpóźniej, bo to moja melatonina twierdzi, że w Polsce jest wtedy piąta nad ranem. Niby ostre 8 godzin snu, ale przez pierwsze dwa dni po obiedzie byłem zombi. Dociągając do weekendu czułem, jak wracały siły, wracała nadzieja.

Piątek zaczął się miło – kolacja z rodziną Marvina (autochton), ale przed samym wyjściem na miasto skapitulowałem. Soczewki mi się kleiły, a sobotni wyjazd zaczynał się o 6.30. O 23.00 szybka przepierka i szuszenie ubrań żelazkiem (sic). Rano pierwsze śniadanie, którego niektórzy sobie odmówili w oczekiwaniu na to, które mieliśmy zjeść w okolicach Antiguy. Ze względu na nie odmówiłem sobie owoców, ale skrzętnie wsunąłem owsiankę, trzy jaja po florentyńsku, cztery kiełbaski w sosie guacamole, dwa naleśniki, dwa kawałki ciasta, kawę z miodem i sok z papai. I choć Ana (autochtonka, kierowca) uparcie twierdziła, że do następnego jakieś 20 minut, okazało się, że miałem rację. Ana później twierdziła, że kłamała dla naszego dobra. W ogóle negocjowała wszystko, raz nawet szerokość ulicy. Skończyło się przerysowaniem ciężarówki samochodem jej znajomego. W Polsce złapalibyśmy się za głowę i wrzeszczeli: „Co ja teraz zrobię?”. Ana wzruszyła ramionami i powiedziała: „Teraz to co ja mogę zrobić?” Po trzech godzinach byliśmy na miejscu.

Kolejna owsianka, potem trzecia (ktoś nie chciał), znów jaja, ale na steku, dwie kawy i pojechaliśmy zwiedzać ruiny Majów. Ruiny jak ruiny (zdjęcia), ale ołtarz ofiarny był na miejscu, gdzieś tam unosił się dym z palonych ofiar (jaja i mięso z kurczaka), a całkiem niedalego latały sępy. Całkiem w porządku była też historia o grze w majańską piłkę (przegrana drużyna składana była w ofierze), ale żarty o polskiej reprezentacji były już dość tanie.

Pojechaliśmy do Antiguy – dawnej stolicy nie tylko Gwatemali, ale całego regionu. Ponoć była to potęga, ale nikt nie pomyślał, iż zakładanie miasta w okolicy ogromnego wulkanu to nie najlepszy pomysł. Co ciekawe, miasto nie zostało zalane lawą, tylko wodą ze stopionego przy erupcji lodu. Stolicę przeniesiono do obecnego Guatemala City (ten drugi człon nawet przestał mnie już śmieszyć). Antigua jest bardzo bezpieczna, bo wszyscy żyją z turystów (tu po raz pierwszy proponowali mi trawę). Po wejściu na targ zaczęła się zabawa. Oni sztucznie windowali ceny, myśmy zbjali je do jakichś 60%, przy których oni uważali, że biorą od nas więcej, niż to wszystko warte, a my się cieszyliśmy, bo w Polsce za takie rzeczy dalibyśmy dużo więcej. Wszyscy byli zadowoleni. Nie powiem, co kupiłem, bo każdy sobie zacznie wybierać prezenty, ale gdybym wcześniej nie zrobił sobie porządnego debetu wśród naszej ekipy, płacąc kartą za benzynę, miałbym kolosalne długi.

Oglądnęliśmy procesję z okazji Matki Boskiej Bolesnej. Niedawno był tu też Dzień Matki, więc dołożyli i tę okazję. Dzień Matki to w ogóle fajne święto – wszystkie matki mają wolne. Podobnie w Święto Sekretarki wolne mają sekretarki. W Dzień Ojca faceci jednak pracują, w Dzień Mężczyzny też, Dnia Księgowego nie ma. O ile wolny Dzień Matki mogę jeszcze zrozumieć, to zastanawiam się, co sekretarki polityków musiały robić, żeby mieć takie święto w ogóle, nie mówiąc już o tym, żeby było wolne.

Zjedliśmy na mieście ogromny talerz guacamoli z nachos i pojechaliśmy do San Lucas, gdzie rodzina Any ma dom. Dom letni, możnaby powiedzieć, gdyby jedynym wyjątkiem od lata nie był maj, gdy czasem pada. Byliśmy padnięci, ale że Eric (autochton, choć twierdził, że jest z Dominikany) przywiózł ze sobą trochę piwa, w stanie ćwierćprzytomnym rozpoczęliśmy posiadówę. Rozbudził nas dopiero Kishore ze swoim nieszczęsnym tabasco. Lubi on bowiem od czasu do czasu zagryźć łyk piwa łyżką takiego sosu. A co myśmy – gorsi? Dawno tak na płakałem, ale gdy Renata przekłnęła więcej tabasco ode mnie i nawet nie zapiła piwem, to już nam było naprawdę wstyd (Eric też płakał). Poszliśmy spać dość szybko, ale noc była ciężka.

Wstaliśmy o 6.00 (weekend, więc można się wylegiwać). Po 4 godzinach byliśmy w Panajache – wiosce nad jeziorem Atitlan. Tu straciłem debet uzyskany w drodze płacenia za kolację. Popadłbym pewnie w długi, gdyby kolesiowi od tatuaży nie skończyła się henna. Machnęliśmy parę rejsów łodzią (szlachta bawi na bogato), oglądnęliśmy jakiś warsztat tkacki, jakiś mecz piłki nożnej (też bym dobrze grał, gdyby moich przodków szlachtowali za puszczanie goli) i dziabnęliśmy rybę w restauracji z widokiem na jezioro, w którym ją złowili, i otaczające je zamglone wulkany (tak chciałem arystokratycznie). Po drodze zignorowałem dwie kolejne oferty kupienia trawy (w pobliżu jest komuna hipisów).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s