Suchodół’s Embassy in Guatemala

No to lecimy. Relacja będzie prosta i nieregularna, może też być krótka. Prosta, bo ja prosty chłopak jestem, żeby nie powiedzieć „prostacki”. Nieregularna, bo kilka takich relacji już zaczynałem i działa to jak szóstka Weidera u 98% populacji. Krótka, bo mogę zginąć (nie martw się mamo). Wylecieliśmy z Krakowa. Do Warszawy. Wiem, samolotem na takim dystansie trochę wstyd, ale tak było szybciej. Zaczęło się od wezwania na specjalną kontrolę – przez megafon, imiennie. Myślałem, że mi w bieliźnie znaleźli resztki trawy. Pot i stres, ale okazało się, że chodziło o laptopa. Hotel było 5 minut od lotniska, ale taksówkarz i tak się zgubił. Bez ceregieli poszliśmy w kimę. Zarąbałem zestaw do szycia, no bo czasem mi nici brakuje. Jestem Polakiem, czy nie jestem? Pobudka o 3.45. Po dłuższej walce odkryłem, że czajnik nie jest przepalony, więc machnąłem dwie kawy z cukrem – zamiast śniadania. Wziąłem też butelkę wody na drogę, o której zapomniałem i którą potem w pośpiechu duldałem przed wejściem do samolotu. W samolocie oczywiście szukałem nie tego siedzenia patrząc na nie tę kartę pokładową. Byłem tylko po dwóch kawach, więc wracając z toalety wziąłem śniadanie, żeby zjeść je zaraz po tym, które czekało przy moim fotelu. I tak nie było tego wiele, szczególnie że w Amsterdamie czekaliśmy 5 godzin. Krótka drzemka, morze nudy i na odprawę. Zaczęła się główna część podróży. Najpierw ostra kontrola – tuzin ochroniarzy, pies i pełny skan osobisty. Potem 10 godzin w samolocie. Trzy filmy, trzy przekąski, dwa obiady, dwie kawy, gin z tonikiem, wino, koniak i łyk amaruli. To plusy. Minusem było, że rząd od naszych foteli znajdowała się toaleta, która nagle zaczęło cieknąć. Na początku moczem, potem… Jakoś tam maskowali ten zapach, ale nie nazwałbym tego sukcesem totalnym. Gorzej było z małą dziewczynką, która postanowiła płakać przez cały szeroki Ocean Atlantycki. Jej nikt nie maskował, choć pewnie wielu zbierało serwetki na knebel. Dolecieliśmy i mimo ostrej słoniowacizny nóg wywlekliśmy się z samolotu. O ile w większości cywilizowanych krajów na lotnisku podaje się komunikaty w języku lokalnym i angielskim, a tyle tutaj wszystko leci po hiszpańsku. Jak ktoś nie zna, niech się pierdoli. Co ciekawe, byliśmy tam paręnaście minut, a usłyszeliśmy około ośmiu wezwań jakiegoś pasażera. Każde zaczynało się od „To już ostatnie wezwanie…”. Lot z Panamy do Guatemali trwał tylko dwie godziny, ale był najbardziej uciążliwy, bo po poprzednim locie praktycznie zatrzymało mi się krążenie w nogach. Mimo wszystko jakoś dolecieliśmy, koleś z hotelu odebrał nas z lotniska i dotarłem do swojego pokoju. Przelewowy ekspres do kawy stanowił dla mnie na początku spore wyzwanie. Zagadką też jest obecnoścć telefonu w ubikacji, ale widać klasa biznesowa robi pieniądze zawsze i wszędzie. Jest jeszcze parę rzeczy, które mnie dziwią, ale udaję światowca i pytam tylko, jak już jestem naprawdę zagubiony. Dziś co prawda wyproszono mnie z bufetu za nieodpowiedni strój przy śniadaniu (koszulka bez rękawów), ale myślę, że jakoś się odnajdę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s