„odmęt pieni się jak ciepły mocz – nie skuma nikt, co widzi w nim ów człek z nadmorskich stron”

Gdybym tak, dajmy na to, nie miał internetu, tudzież dostęp do niego byłby tak mocno ograniczony (np. sygnał tylko na sofie), że obecną moją lokalizację opisać miałbym jednym zdaniem, to, dopuszczając zdania podrzędnie złożone, zapewnie brzmiałoby ono tak: „Kierowca, już po opuszczeniu zatoczki autobusowej, kierowany niespotykaną gdzie indziej, lecz typową dla autochtonów uprzejmością, zatrzymał się raz jeszcze, by wpuścić spóźnionego pasażera do autobusu, któren to około północy przecinał leniwie 24-stopniowe, tu i ówdzie zalatujące krewetkami powietrze, wioząc nas na piątkową potupankę”.

To jest zadziwiające – w tym mieście nie sadza się za kółkiem socjopatów. Nie mówię, że w Krakowie wszyscy kierowcy to pojeby (bo część została trwale skrzywiona przez babcie zrzędzące, że spóźnią się na różaniec i płacące za bilet 200 zł banknotem) ale tu sytuacja jest naprawdę wyjątkowa. Gdy wchodzę, kierowca mówi mi „cześć”. Gdy zapytam, to nie tylko powie mi, gdzie jedzie on, ale i kiedy oraz gdzie jedzie następny autobus. A wszystko grzecznie i bez spiny.

Inna sprawa, to ogólna uprzejmość, która czasami wychodzi bokiem, a niekiedy próbuje nawet wejść tyłem. Siedzę sobie spokojnie w autobusie, studiuję mapę, a dwaj siedzący obok transwestyci zaczynąją:

-Patrz jaki blondyn.
-No to zagadaj, pewnie się zgubił.
-To ja mu pomogę.

To nawet nie było trącenie ramieniem, to było baaardzo dłuuugie otarrrcie. I z tym hiszpańskim akcentem: „Bere aju going?”. W efekcie nie tylko wskazali mi przystanek, ale nawet na nim wysiedli, zaproponowali odprowadzenie do domu, ewentualnie przechadzkę po pobliskim parku. Życzliwość tak gorąca, że miałbym bąble.

W pracy na szczęście jest mniej życzliwie. W ogóle jest spokój, a szczegółów nie ma, głównie gadamy i prezentujemy generalne założenia koncepcji przyszłych planów. Bardzo są otwarci na wszystkie nasze pomysły, przy czym panuje zasada: „Nie martwcie sięo pieniądze, bo nie ma się o co martwić – pieniędzy nie ma.” Na ostatnim spotkaniu każdy oczywiście przedstawiał miliardy pomysłów – kręcenie filmów, strony internetowe, wywiady ekonomiczne na wysokim szczeblu, wieczorki międzykulturowe i szeroko zakrojone plany pozyskiwania funduszy (głównie na jedzenie dla ubogich, czyli nas). Oczywiście wszyscy na tak, przy czym jeśli chodzi o zaangażowanie urzędu, to jednak „nie”. Mimo wszystko jakoś mnie to nie martwi.

Bardziej martwi mnie inne „nie” – dotyczące przyjmowania gości. Bo lofcik mamy naprawdę przestronny, między sofą (warstwowo ze 2 dusze) a stołem (drugie dwie, jak się dobrze skulić) upchałoby się z 5 osób, ze śpiworkami i innymi wygodami. Ale wciąż twardo mówią: „nie”. Coś trzeba będzie kombinować, ewentualnie upchniemy gości w peryferyjnej bazie na Jose Franchy y Roca, 200 metrów od plaży. Jest tam jeden wolny pokój, tzw. Happy room. Do tej pory wykorzystywano go na wiele sposobów, to może i uda się tam pomieścić ewentualnych wizytantów? Gdyby ktoś gotów był też spać na tarasie (temperatura póki co spada do 22 stopni koło 3.00 w nocy), to i pół batalionu się zmieści. Ale to rzecz do obgadania przy dwóch co najmniej butelkach Arehucos.

Dziś jest chyba mniej więcej sobota, tak więc nie będę dłużej trzymał szanownych czytelników w niepewności i opowiem pokrótce, jak mi się surfuje. Zakupiliśmy deskę. Tanio, bo klejona, ale z włókna. Trochę mała, przez to mniej wyporna, ale bardziej zwrotna, bo nasze motto to: „Go hard nigga, or go home. Nigga!”. Oświadczam także, że nadane jej wcześniej imię było dość robocze i nieoheblowane, więc korzystając z faktu, że nikt jej jeszcze szampana o dziób nie tłukł, chrzczę ją imieniem Żwawa Gina*. Mniej pretensjonalne, a przy tym zgrabniejsze.

Ginę ujeżdża się trundo (patrzy przypisy), jednak nauka w las nie idzie. O ilem razu poprzedniego z nic nie mógł dosiąść ogromnego Flyera, któren mi na kursie służy, o tyle, po doświadczeniach z Giną, mogę na nim grać w bierki ze stadem mrówek. Co nie zmienia faktu, że jeszcze nie stanąłem na wysokości zadania, a poprzednią stójkę zaliczam już jako fuks i chwilowy przypływ talentu. Wczoraj zaś był odpływ, bo choć o wiele lepiej łapię falę tak pod względem jej doboru, jak i szybkości oraz punktu ciężkości, to w moment po każdym powstaniu upadam nieuchronnie. Widać taka natura Polaka. Z tym doborem fal też tak do końca fajnie nie jest, bo mam wrażenie, że te najlepsze i tak mnie omijają. Załapałem już, że fale przychodzą setami i nie ma co brać tej pierwszej, bo kolejne bywają większe, ale koniec końców i tak okazuje się, że po każdej fali, na którą wsiądę, przychodzi inna, lepsza i fajniejsza.

Ale przynajmniej majtek już nie gubię, bo przestałem je na kurs zabierać.

*na cześć Giny Carano (vide: stardog.blog.pl). Albowiem deska jest szybka, lekka, zgrabna, niestabilna i potrafi przypierdolić. Różnica jest tylko taka, że Gina zdecydowanie deską nie jest.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s