Jest tak przyjęte, że ostatni gasi światło

Barbara wyjechała i nie ma już słowa z kim zamienić po polsku, więc wpadłem na to, żeby tu się wyżyć. A i tak po prawdzie to pora i czas na to.

Wiele się nie działo, bo leje. Ja nie wiem, kto tu ten wyjazd tak planował, ale trafiliśmy na sam początek pory deszczowej i od dwóch tygodni dredów dosuszyć nie mogę. Z powodu deszczu trafił szlag nasz wyjazd na plażę w zeszły weekend, a inne plany wzięły w łeb z zasady. Bo zasadą tu jest dość powszechną, żeby, owszem, planować, ale tak ogólnie, że zrobimy; a jak, kiedy, gdzie i co, to się jeszcze ugada. Jako że nie posiadam lokalnego telefonu, wszelkie odwołania, spóźnienia i zmiany ustalane w chwili ostatniej jakoś mnie omijają. Tymże sposobem zeszły weekend spędziłem generalnie w hotelu, a i ten się tak jakoś spokojnie zapowiada. A parcie przecież mam, bo to weekend mój tu ostatni.

Cośtam próbowałem pobaciarzyć w tygodniu, ale wiele z tego nie wyszło, z dwóch powodów. Po pierwsze, to tu trzeba mieć samochód. Nie masz transportu – nie imprezujesz. Oczywiście nie przeszkadza to nikomu w piciu, więc w weekendy pół miasta jeździ najebane. Dwa razy wyszedłem z buta do klubu, godzina 20.00, ciemnicy nie było, jak to w mieście. Dystans jak od Bagateli do Kiczu – rzut butelką bez zamachu. Długo się jeszcze ludzie dziwili, że się idiocie nic nie stało.

Co do samych klubów, to niby jest parę fajnych miejsc, ale ogólnie bida. Nie ukrywam, że wyobrażałem sobie grube fiesty latino – połowa leci z salsą, połowa z reggaetonem, parkiet ocieka seksem i alkoholem, a zabawa trwa do białego rana. Tymczasem, choć muzyka leci naprawdę głośno, parkietu nie ma praktycznie nigdzie. Siedzisz więc w klubie, gdzie jest za głośno, żeby rozmawiać i za ciasno, żeby tańczyć. Siedzisz, pijesz, patrzysz na dziewczyny, ale nawet nie zagadasz, bo darcie ryja wprost to ucha to nienajlepszy sposób na rozpoczęcie znajomości. Wczoraj proponowano mi kokę i tak sobie myślę, że ludzie to biorą choćby i z nudów.

Jest jeszcze Suche Prawo – po 1.00 w nocy nikt nie ma prawa sprzedać Ci alkoholu. Pije się więc szybko, a koło północy przy barze jest naprawdę tłoczno, ale większość imprez kończy się o przed 2.00 w nocy. W weekend, bo w tygodniu nikt praktycznie nie wychodzi, a jak już wyjdzie, to o 22.00 wraca do domu.

Z tego powodu moje krótkie wypady do Bajo Fondo były zbyt krótkie, żebym się wyżył, ale wystarczająco intensywne, żeby następnego dnia cierpieć z powodu lekkiego kaca i ostrego niewyspania. Dodając do tego deszcz owocujący lekkim przeziębieniem i przewlekłą deprechą, sam się sobie dziwię, że tej wczorajszej kokainy odmówiłem.

Wczoraj jednakowoż było grubo, bowiem żegnaliśmy Kishore’a. Jeszcze dziś rano był pijany, więc rozstaliśmy się w przyjaznej atmosferze, ale pewien jestem, że na wysokości Port-au-Prince musiał na nas kląć ostro w tym swoim hindi.

Aż się boję mojej pożegnalnej imprezy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s