Gotta hurry, but don’t you worry babe…Cause I’ll be back

Ostatnio między Gwatemalą i Kanarami postanowiłem zaszaleć i wyjechać na dwa tygodnie do Polski. Kraj tak egzotyczny, jako i rozrywki, którym się tam oddawałem – sprzątanie, przestawianie mebli i jazda z Krakowa do Krosna samochodem wyładowanym życiowym dorobkiem. Poza tym spożywałem alkohol, witałem i żegnałem się ze znajomymi, a także niezwykle intensywnie opierdalałem w pracy. W szczegóły nie będę wchodził, bo niektóre z nich, jak np. obsługa odkurzacza, wciąż pozostają dla mnie zagadką. Kiedyś może jednak opanuję i to, a kto wie, czy nie zaszaleję też z żelazkiem (chodzą słuchy, że to rozrywka jakich mało).

Tymczasem jednak, jak wielu Polaków, pomieszkuję na Wyspach. Sam lot to piłka raczej krótka, przedłużyła ją jedynie siedmiogodzinna posiadówa na lotnisku w Barcelonie. Potem tylko lekki atak klaustrofobii w Ryanairze i koło północy czasu lokalnego (Greenwich, Lisboa, Edinburgh) dotarliśmy do naszego loftu. I jest to loft pełną gębą, albowiem wygląda na to, że zainstalowano nas w byłej klasie szkolnej lub czymś w tym rodzaju (mnie osobiście przypomina to fabrykę wafli, ale to trauma moja prywatna).

Droga Mamo: Mieszkam z Konradem (Warszawiak, a mimo to całkiem w porządku gość – zapewne gdzieś się przewinie na zdjęciach). Gotują nam tu, myją podłogę, piorą rzeczy, choć nie prasują. Konrad raz zapytał o żelazko, no ale on jest z Mazowieckiego. Mamy łazienkę z prysznicem, meble niezbędne, telewizor i okno. Do kołchozu mamy na 9.00, a że za oknem jest podstawówka, budzimy się zawsze na czas. Do pracy mamy tak ze 2 km, do plaży 8. Biorąc pod uwagę, że jeszcze nam nie kupili biletów autobusowych, we środę zrobiliśmy 25 km, w tym 13 biegiem.

Następnego dnia kupiłem 10 biletów z własnych funduszy.

W kołchozie pracujemy ostro, już nawet przygotowaliśmy jedną uloteczkę przepięknej urody. Facebook wchodzi bez „s”, więc bardzo się nie nudzę, zaś resztę czasu spędzamy omawiając potencjalne aktrakcje, jakich doświadczyć moglibyśmy w czasie wolnym. Którego mam sporo, a nawet sporzej. Wczoraj na ten przykład po raz pierwszy doświadczyłem surfowania. Dokładnie rzecz biorąc – próbowałem doświadczyć. Ponieważ wszyscy już wiedzą, że rozpocząłem tę notkę, by się tym doświadczeniem pochwalić, przejdźmy do rzeczy bez zbędnych ceregieli.

Rozesłano wici po mieście, że w jednej takiej szkole za 5 euro dają gorącą czekoladę z dodatkiem w postaci lekcji surfowania. Jako że nigdy jeszcze nie piłem kanarysjkiej gorącej czekolady, zaciągnąłem się bez namysłu. Kwadrans przed godziną zero zjawiliśmy się w surferskich koszarach, gdzie po krótkim wyjaśnieniu, który koniec deski jest który i że boli, jak nią przypierdolić, wskoczyliśmy w gustowne pianki. Z koszar do plaży było niedaleko, ale oczywiście żaden z nas nie pomyślał o klapkach. Nie chcąc wyjść na idiotów ściemnialiśmy wszystkim, którzy nam rzeczone klapki ofiarowali, że u nas w Hobbittonie tak się chodzi po klepisku, że jesteśmy twardzi i w ogóle „jakie szkło?..”. Jakoś doczłapaliśmy. Ja rozumiem, że te wypukłości na chodnikach służą niewidomym do orientacji w terenie, ale ktoś w Las Palmas chyba myśli, że tu wszyscy są ślepi (do wszystkich ślepych, którzy to czytają – no offence Tomek).

Po krótkiej rozgrzewce odrysowaliśmy nasze deski na piasku, przeprowadziliśmy linię przez środek i na tak narysowanych gigantycznych waginach zaczęliśmy ćwiczyć wstawanie. Generalnie przypominało to sprawl, tylko w drugą stronę, ale jasnym jest, że łatwiej jest spadać, niż wstawać. Ktoś miał szczęście i raz mu wyszło, więc instruktor doszedł do wniosku, że grupa jest gotowa. Wyruszyliśmy w morze.

Pierwszy raz spadłem z deski zanim w ogóle dotarła do mnie fala. Gdy dotarła następna, spadłem po raz kolejny. Później generalnie spadałem z przyzwyczajenia. Raz się zgubiłem i znalazłem w innej grupie, raz zwołałem wszystkich na plażę, bo myślałem, że instruktor coś chciał pokazać. Nie chciał. Nadszedł dramatyczny moment, w którym skonstatowałem, że lekcja się kończy, a mnie nawet nie udało się stanąć na fali. Gdy przebrzmiał ostatni gwizd, niczem w amerykańskim filmie zauważyłem kątem oka przepiękną falę. W pośpiechu złożyłem się na desce, złapałem równowagę, zacząłem wiosłować, poczułem falę, odbiłem się, wstałem, zdziwiłem się, że nie spadam. Zrozumiałem – płynąłem, płynąłem, płynąłem. Potem płynąłem jeszcze trochę. W sumie przepłynąłem ze 3 metry. Jak już wygrzebałem się z wody po upadku, wziąłem deskę i, dumny jak Bronek po dyktandzie, wróciłem z grupą do koszar.

Gdzie okazało się, że zgubiłem majtki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s